Strona z tekstem
E
123

Terminator Genisys - Recenzja
Być może niektórzy z was myślą, że moim ulubionym filmem są Gwiezdne Wojny. Otóż nie są. Doceniam ich znaczenie dla kultury i historii kina, ale kiedy chodzi o moje prywatne sympatie, nie ma filmu, który wywarł na mnie większe wrażenie, niż „Terminator II”. Jestem psychofanem.

Jeden z mniej popularnych plakatów Terminatora 2. Materiały prasowe dystrybutora

Po raz pierwszy obejrzałam T2 w wieku lat ośmiu – od tamtej pory widziałam go – bo ja wiem? – może trzysta razy. Znam na pamięć całą ścieżkę dialogów; pamiętam kod pin do karty kredytowej zajumanej przez dziesięcioletniego Johna, o dacie dziennej Dnia Sądu nie wspominając. Naprawdę, jeśli chodzi o  Terminatora II, to trudno o większego nerdowca, niż ja.

Jedynka, „The Terminator” z roku 1984 w reżyserii Jamesa Camerona, to jeden z tych filmów, które się nie starzeją. Znakomity, mroczny, trzymający w napięciu i, jak mówi Ola, klaustrofobiczny. Co ciekawe, w roli Terminatora miał pierwotnie wystąpić O. J. Simpson, ale Cameron uznał, że nie wygląda on na zabójcę. O, losie.

Polski plakat Terminatora

Dwójka - „Terminator 2: Judgement day” – rozbiła bank. James Cameron nadal był w szczytowej formie (w między czasie zrobił jeszcze „Obcego 2”), choć w wersji reżyserskiej już widać, że gdyby ktoś nie trzymał go w ryzach, popłynąłby w samozachwyt, ckliwe sceny i przegadaną fabułę. Bogu dzięki nad produkcją czuwał ktoś, kto ciął, i Kyle ukazujący się Sarze we śnie celem wygłoszenia emocjonalnego monologu, został szerszej widowni oszczędzony. Monolog Sary na końcu filmu w swojej pierwotnej wersji miał informować widza, że John został senatorem, ale i tu ktoś poszedł w porę po rozum do głowy. Wersja kinowa dwójki po prostu nie ma wad. Efekty specjalne po dwudziestu pięciu latach nadal się nie zestarzał, muzyka przeszła do legendy, aktorom nie można niczego zarzucić.

Trójka – „Bunt Maszyn”, jest filmem, który można z przyjemnością raz obejrzeć i  zapomnieć. Czwórka – „Terminator: Salvation” jest niczego sobie, ale to właściwie film o czymś innym, korzystający jedynie z siły oddziaływania franczyzy, by przyciągnąć widzów. Nie każda postapokaliptyczna nawalanka musi mieć słowo „Terminator” w tytule, a nie każdy dowódca musi mieć na nazwisko John Connor.

I tak dochodzimy do piątki, „Terminator: Genisys”, w reżyserii Alana Taylora. Nie oglądam „Gry o Tron” (nie wolno mi się wciągać w seriale i gry komputerowe, jako że niesie to za sobą ryzyko śmierci głodowej), więc nie mam o facecie zdania. Ale na Genisys byłam już w kinie dwa razy i nie wykluczam trzeciego, jeśli się nawinie (nie byłam na filmie dwukrotnie od 2002). Za każdym razem z innymi ludźmi, za każdym razem wszyscy płakaliśmy ze śmiechu i wyszliśmy z kina ogólnie zachwyceni, z przeświadczeniem, że jest to najlepszy film serii od czasów dwójki, najlepszy film tego lata i prawdopodobnie jeden z  najlepszych roku. Pełne 10/10 punktów. Byłoby 12/10, ale trzeba było coś odjąć za nieco przyciężki początek i wybór aktora do roli Kyle'a Reese'a.

Materiały prasowe dystrybutora

Jakież było moje zaskoczenie, kiedy przypadkiem zorientowałam się, że internauci nie zostawiają na tym filmie suchej nitki. Stanowcza większość recenzji jest mocno, wulgarnie negatywnych. Nawet nowy „Star Trek” (film zasadniczo zły), czy „Prometeusz” (nowy wymiar zła) zostały potraktowane łagodniej – reakcje na Genisys noszą wręcz znamiona zorganizowanego hejtu - ktoś chce ten film mieszać z nawozem, ktoś inny porównuje do łajna... kochani! To jest film. Taśma filmowa jest niebiodegradowalna i na nawóz się nie nadaje. To rozrywka, nie ustawa parlamentarna. Jako, że internetowe narzekanie stało się ostatnio jednym z ulubionych sportów Polaków, zasadniczo polecam w ogóle nie brać tych opinii pod uwagę. Opinie na anglojęzycznych stronach są dla filmu znacząco bardziej korzystne. A hejterom mam do powiedzenia jedno: jeśli waszym hasłem do wi-fi nie jest data dzienna Dnia Sądu, to nie jesteście Prawdziwymi Fanami (TM) i nie gadam z wami.

Mądre słowo na dziś to autoreferencyjny. „Genisys” jest filmem mającym rację bytu tylko i  wyłącznie w odniesieniu do jedynki i dwójki (pozostałe części franczyzy Genisys ignoruje). Począwszy od podróży Kyle'a w czasie, po której pada klasyczne „Come with me if you want to live” (tym razem wypowiedziane przez Sarę), dosłownie co druga minuta filmu jest aluzją, analogią lub rozwinięciem jednego lub kilku wątków z Terminatorów I i II. Przykłady? No, może troszeczkę, żeby nie spoilerować za bardzo: w dwójce T-1000 przebija głową szybę w helikopterze i mówi do pilota: „Get out.” Pilot, rzecz jasna, jest w takim szoku, że wysiada z lecącego helikoptera. Jednocześnie, w całej dwójce mały John usiłuje nauczyć T-800 „społecznych” zachowań. Wiemy, że w Genisys to samo robi Sara. Dlatego, kiedy Arnold przebija głową - w taki sam sposób, jak T-1000 w dwójce – szybę w jadącym samochodzie, mówi, tonem grobowym „Nice to meet you,” co jest absurdalnie nie na miejscu, i dopiero następnie – „Get out”. U mnie wywołało to salwę śmiechu. U wszystkich trzech moich kinowych towarzyszy – nerdowców jak ja – również. Reszta sali myślała, że jesteśmy na wspomaganiu. Cóż mogę powiedzieć reszcie sali – nie odrobiliście pracy domowej.

Nie tylko komiczne elementy są bezpośrednimi odwołaniami. Kiedy John mówi Reese'owi, że nie odczuwa strachu ani wyrzutów sumienia, powtarza dosłownie monolog Reese'a z pierwszej części. Połowa przyjemności z oglądania to chwytanie aluzji i nawiązań - w pewnym momencie zaczyna robić się z tego sport. Ola odkryła, że w jedynce po przybyciu T-800 nie pojawia się w asfalcie wypalony fragment kuli. W tej samej scenie odtworzonej w Genisys – kula już jest. To jak szukanie po domu cukierków schowanych przez mamę. Dosłownie uczta dla fana.

Druga połowa przyjemności z filmu to wątek i akcja – które nie są rozprawą filozoficzną, ale nabierają sensu, jeśli umieści się je w  kontekście.

Oglądanie Genisys bez dogłębnej znajomości jedynki i dwójki jest jak oglądanie „Shreka” bez znajomości bajek o królewnach, smokach, krasnoludkach i świnkach. Taki odbiorca zapewne uznałby Shreka za średnich lotów komedię, w której dowcip opiera się na bekaniu i puszczaniu gazów. Podobnie, mam wrażenie, że negatywne opinie wobec "Terminatora V" biorą się z tego, że ludzie mają dziś jednak kiepską pamięć. Brak znajomości I i II części czyni ten film pozbawioną sensu nawalanką, w której zwroty akcji są całkowicie od czapy, postaci nie mają głębi, a scenariusz nie trzyma się kupy. Prawdziwy Fan (TM) jednakże, bawić się będzie świetnie.

Zastanawiam się, czy tak daleko posunięta autoreferencyjność tego filmu nie jest jednak wadą. W końcu to nie Katechizm, ludzie nie mają obowiązku znać ich na pamięć, a chcieliby się w kinie dobrze bawić. Z całą pewnością popełniono też błędy marketingowe. Gdyby tak premiera odbyła się w ramach maratonu filmowego: „The Terminator”, „Terminator: Judgment Day” i „Terminator: Genisys”, przyjęcie na pewno byłoby dużo lepsze. Za mało podkreślano też fakt, że planowane są dwie dalsze części, pewne strzelby Czechowa miały prawo nie wystrzelić. Inni fani (nie będący wystarczająco „psycho-”) czepiają się braku łączności między trójką i czwórką a piątką - widać, że nie dość jasno podkreślano, że Genisys jest kontynuacją jedynki i dwójki, a ignoruje trójkę i czwórkę.

Główną wadą Genisys jest obsadzenie w roli Kyle'a Reese'a Jaia Courtney'a – aktora, który wygląda jak młody byczek. Nie będę się wypowiadać na temat aktorskich zdolności Courtney'a, ale Kyle to uciekinier z obozu zagłady, który całe życie – jak sam mówił – przymierał głodem, a Courtney wygląda zdrowo i, cóż, dorodnie. Doceniamy, że specjaliści od charakteryzacji umieścili blizny na plecach nowego Kyle'a dokładnie w tych samych miejscach, w których nosił je stary. Doceniamy, że nowy przymierza (takie same!) buty Nike w taki sam sposób, jak stary. Ludzie z Nike specjalnie je na tę okoliczność odtworzyli. Przy takiej dbałości o szczegóły tym bardziej zaskakuje brak jakiegokolwiek podobieństwa aparycji między Courtney'em a Michaelem Biehnem, który był chudy, rozczochrany, zagłodzony i niedogolony. Kyle Reese to powstaniec warszawski bardziej niż komandos z Gromu.

Michael Biehn (u góry) i Jai Courtney (na dole) jako Kyle Reese

Emilia Clark jako Sara Connor daje radę. Nawet trochę przypomina młodą Lindę Hamilton, choć przypominałaby zapewne bardziej, gdyby nie oszczędzono jej fryzury na lata osiemdziesiąte.

Linda Hamilton jako Sara Connor

Do listy wad można dopisać przyciężki, nieco melodramatyczny początek. Poza tym, istotniejszych wad nie widzę.

Teraz pora na nieco konkretniejsze spoilery – czas odeprzeć zarzuty pod adresem niespójnej (jakoby) fabuły – konkretnie, linii czasu.

Na początek podpowiedź: podróży w czasie nie ma. Prawdopodobnie nigdy nie będzie. Podróże w  czasie w filmie zawsze oznaczają, że nadciągnąć musi słynny paradoks z serii „co jeśli zabiję własnego dziadka zanim poznał babcię”. Różne filmy sci-fi rozwiązują go różnie. Kłócenie się o  to, który sposób jest bardziej, a który mniej realny, trąci takim poziomem geekowstwa, który już nie jest sexy.

Na pewnym możliwym do przyjęcia (biorąc pod uwagę, że podróży w czasie nie ma) poziomie logiki, z linią czasu i fabułą Terminatorów wszystko gra:
1. W 2029 Skynet przegrywa wojnę. Wysyła w przeszłość T-800 by zabił Sarę zanim John się narodzi – do roku 1984.
2. John wysyła Kyle'a by obronił Sarę.
3. Kyle płodzi Johna.
4. Sara niszczy T-800 w siedzibie firmy Cyberdyne, która zbierze szczątki – na ich podstawie Miles Dyson stworzy Skynet.

Skynet i John warunkują swoje istnienie – John by się nie narodził, gdyby Skynet nie próbował do tego nie dopuścić. Gdyby John się nie narodził, Skynet nie musiałby wysyłać terminatora w  przeszłość, a to znaczy, że nie powstałby Skynet. Niektórzy mówią, że to wada fabuły. Ja myślę, że to ciekawa zagrywka, ot taki paradoks dla rozrywki widza. W  żargonie nazywamy to pętlą czasową.

5. Skynet zorientował się, że pierwszy T-800 zawiódł i wysyła T-1000, by zabił dziesięcioletniego Johna, do roku 1995.
6. Skynet zorientował się, że i to zawiodło, więc wysyła trzeciego terminatora, by zabił Sarę w  dzieciństwie (jakoś lata 70-te).
7. Ktoś wysyła w przeszłość T-800, by ochronić Sarę. Nie wiemy, kto - gdybyśmy wiedzieli, wiedziałby też Skynet, i wysłałby w przeszłość kolejnego terminatora, by zabić tego kogoś w  niemowlęctwie, albo jego przodków trzy pokolenia wstecz. A może ten ktoś ma inny powód, by się ukrywać?
8. Ostatni T-800 (Pops) ma pełne dane o tym, co działo się w fabule części I i II, wie więc, że Skynet powstanie dzięki resztkom robotów z przyszłości. Dlatego Sara i Pops niszczą wszystkie resztki - rozpuszczają w kwasie pierwszego T-800, kiedy ten przybywa do roku 1984. To już więc alternatywna linia czasu.
9. Skynet wie już, że Kyle to ojciec Johna, więc najprościej zamiast Sary zabić Kyle zaraz po jego przybyciu – drugi model T-1000, który próbował zabić Sarę stawia się na miejscu.
10. Dziesięć lat później Miles Dyson gdzieś sobie żyje i jest programistą, ale nie ma "natchnienia" i kierunkowskazu w postaci rozbitego T-800, dlatego może całe życie pocić się nad tym procesorem - nic nie stworzy. Data dnia sądu ulega przesunięciu.

Miles Dyson w Terminatorze II

11. Syn Dysona – mały Danny znany z drugiej części – dokończy dzieło ojca. Znowu mrugnięcie okiem do widza: a może jednak istnieje los? Może Dysonom pisane jest przyczynić się do zagłady ludzkości? Ponieważ czasy się zmieniły, sieć komputerowa, nad którą pracuje Dyson jr. nie jest już tylko systemem obronnym - jest systemem operacyjnym na smartfony. Nazywa się inaczej – nie Skynet tylko Genisys (i znowu powód do czepiania się dla hejterów. Ale serio, nie byłoby dziwniejsze, gdyby Danny nazwał go tak samo? Gdyby zbiegiem okoliczności wpadł na tę samą nazwę, co jego ojciec w innym życiu?).
12. Być może sam Danny Dyson to również byłoby za mało, bo Skynet kradnie – poniekąd – ciało Johna i wysyła go w przeszłość, by ten zabezpieczył narodziny Skynetu (a może to tylko przewidywanie, że Sara to trudna zawodniczka).

Ot i cała filozofia, minimalna znajomość zasad mechaniki temporalnej i wszystko da się ogarnąć ;) Wszystko trzyma się kupy.

I na koniec wtręt socjologiczny. Filmy sci-fi zawsze odzwierciedlają lęki czasów, w których powstają. Najwyraźniej widać to na przykładzie filmów o zombie. Kiedy w 1968 roku George Romero kręcił „Night of the Living Dead” (pierwszy film, w którym zombie opuszczają rejony kultu voodoo i pierwszy, w którym jednym z głównych bohaterów jest Afroamerykanin), zombie powstają z grobów w wyniku radioaktywnego promieniowania. W remake'u z 1990 - to już jakieś nieokreślone chemikalia. W „The Return of the Living Dead” z 1985 winne są eksperymenty armii amerykańskiej i rządu. Za czasów „Resident evil” złowrogi był już nie rząd, a  korporacja, która wyprodukowała zombie-wirusa. Ostatnio - „World war Z” - apokalipsę wywołała samoczynna lub nie (nieokreślono) mutacja starego dobrego wirusa wścieklizny. Łatwo zauważyć, że w tym samym czasie lęki społeczeństwa ogniskowały się, po kolei na: 1) technologii nuklearnej, 2) Złym Rządzie, 3) Złych Korporacjach. Obecnie boimy się terrorystów i odpornych na leki zmutowanych bakcyli.

Czy możemy zaryzykować stwierdzenie, że poszczególne Terminatory też odzwierciedlają lęki swoich czasów? Pierwsze trzy części opowiadają o strachu człowieka przed maszyną. Część czwarta i piąta opowiadają o strachu człowieka przed staniem się maszyną. Refleksja, nad którą kiedyś jeszcze popracuję.

Ps. Osobiście uważam, że Popsa wysłał Skynet. Sami zobaczycie. Kiedy będzie sequel.

Komentarze (0):X

Treść komentarza (nie więcej niż 2000 znaków):

Kod weryfikujący:

Tu wpisz kod weryfikujący + 3: