Strona z tekstem
E
123

Ludzkie, arcynieludzkie
Rok 2015. Przy okazji historycznej już debaty o in vitro w polskim parlamencie, jeden z  senatorów, pan Stanisław Hodorowicz, rzucił coś o Koperniku:

. „Czy pan sobie wyobraża, że Kościół był taki głupi, że przez kilkaset lat oficjalnie nie uznawał teorii heliocentrycznej? Nie. Kościół dokładnie wiedział. A o co chodziło? Chodziło o godność człowieka i chodziło o  miejsce człowieka w systemie. Rewolucja kopernikańska człowieka przenosiła z punktu centralnego, punktu, wokół którego się wszystko kręci, właśnie do układu heliocentrycznego, gdzie centrum stało się czymś innym. I  Kościół, przyjmując takie [przeciwne] stanowisko, bronił godności człowieka, mylił się co do faktu naukowego, ale nie mylił się co do godności.”

Pan senator skłonił mnie do refleksji.

Teoria Kopernika, mówiąc na marginesie, została zaakceptowana przez Kościół w XVIII wieku. Kościół chciał wierzyć, że Ziemia jest centrum wszechświata, bo wydawało się to naturalną konsekwencją faktu, że człowiek jest centrum boskiego planu. Religie abrahamiczne, katolicyzm szczególnie, widzą człowieka jako Koronę Stworzenia. Nie jesteśmy, jak wierzą choćby wyznawcy hinduizmu (oraz jak wierzy się na Pandorze i w „Królu Lwie”), częścią wielkiego Koła Życia; według katolicyzmu jesteśmy samym czubkiem piramidy bytów (wyżej są tylko anioły i Bóg), końcem łańcucha pokarmowego, jesteśmy odrębni od natury, jesteśmy od niej lepsi.

Człowiek jako jedyne stworzenie boże posiada duszę (znowu, inaczej, niż w hinduizmie, szintoizmie i wielu innych religiach, w których duszę może mieć choćby mrówka). By móc twierdzić, że tylko człowiek ma duszę, trzeba jednak klarownie ustalić: po pierwsze czemu człowiek jest lepszy od innych stworzeń, po drugie, czym ów człowiek jest. A czym nie jest.

I tu zaczynają się schody.

Im dalej posuwa się nauka, tym wyraźniej widać, że nie ma jednej takiej cechy jakościowej, która czyniłaby nas wyjątkowymi. Owszem, różnimy się od szympansów jakimś jednym procentem genów, ale CO dokładnie czyni nas lepszymi? Co takiego MY mamy, że nam Stwórca dał duszę, której innym poskąpił?

Pismo? Nie, bo istnieją ludy bez pisma.

Inteligencję? Ostatnie badania pokazują, że delfiny są mądrzejsze od niejednego kibola.

Mowa? Małpy potrafią nauczyć się na migi przeszło sto słów, rozumieją ideogramy, a szympansica imieniem Viki adoptowana w latach pięćdziesiątych przez Catherine i Keitha Hayesów, nauczyła się wymawiać cztery słowa - up, cup, mamapapa. Kiedy szympansica Washoe obraziła się na swojego trenera Rogera Foutsa , spontanicznie określiła go tym samym znakiem, którym nauczono ją określać kupę. Tak, nazwała go gnojem. Sama to wymyśliła. Wiecie, co to znaczy? Otóż ta małpa ta nie tylko była złośliwą szują, ale umiała samodzielnie odnieść się do nowej sytuacji, nadać słowu nowe znaczenie i posłużyć się metaforą. Oraz wyrazić gniew słowami, a nie czynem.

Małpy potrafią tez uczyć się od siebie nawzajem. Jeśli nauczysz jedną małpę nowego, bardziej wydajnego sposobu rozłupywania orzechów, za kilka lat cała kolonia będzie znała ten sposób. Potrafią też używać narzędzi. Grupa małp badanych przez Foutsa i innych uczyła się od siebie nawzajem języka migowego. W pewnym momencie istniała cała „kolonia mówiących szympansów”. Nikt nie pomyślał o wypuszczeniu ich na wolność, może dlatego, że leciała już w kinach „Planeta małp”.

Dziecko z zapałkami. Agra, Indie, fot. M.N.

Każdy, kto miał nieco więcej do czynienia z małpami zna to dziwne wrażenie, że skubana rozumie zdecydowanie za dużo. Małpa ma twarz, a nie pysk i dłoń, a nie łapę. I zdecydowanie za mądre oczy. Kiedyś karmiłam małą małpę chrupkami kukurydzianymi. W jednej ręce trzymałam paczkę, w drugiej, jednego chrupka. Podałam jej chrupka, ale gdy złapała jego drugi koniec, nie puściłam - przytrzymałam mocno, by rodzina zdążyła mi zrobić zdjęcie. Małpa, uwierzcie mi, spojrzała na mnie jak na idiotkę. Serio. Po czym olała chrupka, wyjęła mi paczkę chrupek z  drugiej ręki i dostojnie dala drapaka.

„Kolejka” do toalety w Rishikesh, Indie, fot. M.N.

Nie ma takiej jakościowej cechy, która wspólna byłaby wszystkim ludziom i jednocześnie właściwa tylko ludziom. By zdefiniować czym, oprócz stopnia owłosienia, różnimy się od zwierząt, musimy wejść na grząskie pole pierwiastków duchowych. Ale stwierdzenie, że człowiek ma duszę bo ma duchowość będzie stanowić circulus in definiendo i mało kogo przekona.

Może kultura? A, przepraszam, czym jest kultura? Kroeber i Kluckhohn skatalogowali ponad 150 różnych definicji kultury, a było to z 60 lat temu, więc zapewne powstało w między czasie drugie tyle.

Cywilizacja? A czymże jest cywilizacja, jeśli nie próbą dostosowania się do środowiska? Cliffort Geertz napisał, że człowiek jest niedoskonałym zwierzęciem, cywilizacją uzupełniającym swoje braki. Nie mamy kłów, więc potrzebujemy noży, nie mamy futra więc potrzebujemy ubrań. Być może delfiny nie wytworzyły cywilizacji materialnej, bo nie potrzebują do życia protez i ekstensji? Może są po prostu „ lepiej przystosowane do środowiska.

No, może język. W zależności od tego, jak zdefiniujemy język, możemy ewentualnie uznać go za coś, co wyprodukował na tej planecie tylko człowiek. Małpy w najlepszym razie go od nas pożyczają. Ale czy język jest najdoskonalszą na tej planecie formą porozumiewania się? Znowu – nie mamy pewności, że delfiny nie posługują się telepatią.

Może się to wydać śmieszne, ale badania nad inteligencją, empatią i szeroko pojętym życiem emocjonalnym zwierząt dały tak zaskakujące wyniki, że w Stanach toczą się sprawy sądowe domagające się przyznania niektórym gatunkom praw (do nietykalności cielesnej, do ochrony przed cierpieniem itp) . Tak zwane non-human persons to zdaniem ich obrońców prymaty, delfiny i słonie. Spójrzmy prawdzie w oczy: jeśli małpa ma inteligencję trzyletniego dziecka, to krzywdzenie małpy w sposób, w jaki nigdy nie skrzywdzilibyśmy dziecka, jest tym, co bojownicy o prawa zwierząt nazywają szowinizmem gatunkowym.

Mierzymy się ostatnio z postępującym kryzysem wyjątkowości człowieka. Tak, jak Kopernik usunął człowieka z centrum wszechświata, tak nauka usuwa go z pozycji istoty jedynej w swoim rodzaju. Nie jesteśmy już miarą wszechrzeczy. Z jednej strony atakują nas rzesze innych stworzeń domagających się uznania ich praw. Z drugiej, postęp nauki sprawił, że sami już tak do końca nie wiemy, gdzie ten człowiek się kończy, a gdzie zaczyna.

Transgeniczne świnie „produkują” dla ludzi organy do przeszczepów, szczury, które wyposażono w ludzkie geny, zapadają na ludzkie nowotwory, produkują ludzkie enzymy. Linie komórkowe można namnażać w nieskończoność. W 1951 roku pobrano od pewnej Amerykanki nowotworowe komórki z jej szyjki macicy (tzw. HeLa cell line). Kobieta zmarła, a komórki namnażają się do tej pory, i jest ich w tej chwili więcej, niż komórek w człowieku. Do tego są chromosomowo niekompatybilne z człowiekiem, do tego stopnia, że zaproponowano uznanie ich za nowy gatunek. Tylko patrzeć, jak wstaną i pójdą.

Komórki HeLa, Wikicommons

Cała europejska cywilizacja opiera się na założeniu, że przynależy się nam jakaś nie do końca zdefiniowana „niezbywalna godność osoby ludzkiej”, w równie niezdefiniowany sposób różniąca się od godności innych istot. Obecna moralna sraczka bierze się z faktu, że nikt do końca nie wie co to takiego ta „osoba ludzka”.

Czy blastocysta to człowiek?

Czy mózg przegrany na twardy dysk będzie człowiekiem? A odwrotnie – ciało urodzone bez mózgu, ale utrzymywane przy życiu za pomocą maszyny?

A mózg w słoiku?

Jedna z moich znajomych bliźniaczek orzekła niegdyś przy piwie: „ja i moja siostra przez tydzień byłyśmy jedną komórką”. Powiało mistyką.

Problem antropocentryzmu, i w pewnym sensie problem Kościoła, polega na tym, że próbuje szukać na te pytania odpowiedzi. Utrzymanie definicji człowieka jest Kościołowi niezbędne. Tymczasem, odpowiedzi nie ma. Im więcej wiemy o człowieku, tym wyraźniej widzimy, że nie istnieje jeden „punkt startowy” (nie istnieje też jeden punkt krańcowy – vide dyskusja o śmierci mózgu). To samo dotyczy technologii – dziadka z protezą zębów nikt nie nazwie cyborgiem. Ale lada moment doczekamy się dziadka z protezą serca, a potem dziadka z protezą mózgu. A potem, mózgu w spadku po dziadku.

Pozostaje pogodzić się z tym, że człowiek nie zaczyna się i nie kończy, człowiek jest „definicją otwartą”. Nie jest też ukoronowaniem stworzenia, jest jego częścią. Wyłania się z przyrody w sposób stopniowy i rozpuszcza się w przyrodzie (i technologii) równie stopniowo.

Bryan Turner już na początku lat dziewięćdziesiątych wskazywał, że w świecie, w którym implanty, transplantacje i najróżniejsze ekstensje będą powszechne,

„hipotetyczne łamigłówki klasycznej filozofii dotyczące tożsamości (...) ciała zyskają ogromne znaczenie prawne i polityczne. Czy mogę ponosić odpowiedzialność za działania mojego ciała, które zasadniczo nie jest moim ciałem?".

Z drugiej strony, Donna Haraway stwierdziła, że nasze ciało nigdy właściwie nie było nasze: „Ludzkie genomy można odnaleźć w około dziesięciu procentach wszystkich komórek zajmujących tę pospolitą przestrzeń, którą nazywam moim ciałem; pozostałe dziewięćdziesiąt procent komórek wypełniają genomy bakterii, grzybów, protist i im podobne, z czego jedne grają w symfonii koniecznej dla mojego życia w ogóle, inne łapią okazję nie wyrządzając reszcie mnie, nam, żadnej krzywdy."

Religie abrahamiczne traktują człowieka jako byt lepszy od innych, odrębny i skończony. Dlatego ze szturmem na człowiecze granice słabo sobie radzą. Gdyby wszyscy ludzie nagle uznali za fakt, że „człowiek” jest bytem nie gorszym i nie lepszym od innych, jakimś tam promilem natury skromnie i bezkształtnie wychylającym się z niej na chwilę, by potem równie skromnie zniknąć – to, mówiąc krótko, katolicyzm nie pozbierałby się. Zauważcie, że kiedy Kościół mówi o godności człowieka, tak naprawdę mówi o jego granicach. By zachować swą wyjątkowość, człowiek musi okopać się na pozycji niedostępnej innym gatunkom, nienaruszanej przez technologię. Dlatego Kościół do krwi ostatniej będzie bronił tej zamrożonej blastocysty, choć jeszcze kilkanaście lat temu matki nie mogły po ludzku (pun intended) pochować poronionych płodów.

***

Kościół Rzymskokatolicki uważa procedurę in vitro za niewłaściwą z dwóch powodów. Pierwszy, oczywisty, to istnienie nadliczbowych zarodków ludzkich, z którymi trzeba coś zrobić. Drugi jest nieco bardziej skomplikowany - w skrócie chodzi o to, że poczęcie powinno odbywać się tylko i wyłącznie w łożu małżeńskim. W sztucznym zapłodnieniu „akt zapoczątkowujący istnienie dziecka przestaje być aktem, w którym dwie osoby oddają się sobie nawzajem. Oddaje (on) życie i tożsamość embrionów w ręce lekarzy i biologów, wprowadza panowanie techniki nad pochodzeniem i przeznaczeniem osoby ludzkiej” (Katechizm Kościoła Katolickiego, zwany przeze mnie pieszczotliwie Regulaminem, ustęp 2377). Tak, wiem, większość z was podrapała się właśnie po głowie w zadumie. Już wyjaśniam.

Jakoś tak wyszło, że religia katolicka zawsze miała pewien problem z seksualnością. Jest to jedyne chyba wyznanie na świecie, które czystość ceni wyżej od płodności. Istniało nawet kilka sekt nakazujących całkowite powstrzymanie się od współżycia, ale z przyczyn dość oczywistych nie zaludniły one Ziemi. W konsekwencji Ojcowie Kościoła usprawiedliwili współżycie tylko i wyłącznie między małżonkami, tylko i wyłącznie w intencji prokreacji. Doszło do scalenia się funkcji małżeństwa z funkcją prokreacji, a  prokreacji z seksem. Nie wolno katolikowi uprawiać seksu bez „otwarcia się” na potencjał dawania życia. Ani dawać życia bez uprawiania seksu. Seks to życie.

Skutek: w średniowieczu za masturbację pości się o chlebie i wodzie, w wieku dziewiętnastym mężczyzn cierpiących na nocne polucje leczy się kastracją, a w wieku dwudziestym pierwszym odmawia się ślubu kościelnego kobiecie, która w  wyniku wad budowy nie jest zdolna do stosunku dopochwowego. Tak, dobrze przeczytaliście. Prawo kanoniczne zabrania także udzielenia ślubu w przypadku stwierdzenia u mężczyzny trwałej impotencji. Tak. Aktualne prawo kanoniczne.

Jedną z podstaw tej religii jest zespolenie idei miłości małżeńskiej z ideą przekazywania życia. Fajnie, to naprawdę urocze. Cud stworzenia, zespolenie w jedno i tak dalej. Naprawdę, nie mam nic przeciwko tak pięknej i  romantycznej idei. Tak długo, jak długo na jej podstawie nie próbuje się kształtować prawodawstwa.

W Kościele nie będzie akceptacji dla prezerwatyw, nie będzie ślubów gejowskich i nie będzie zgody na in vitro, bo to by zmieniło sam rdzeń tego wyznania, samą istotę myślenia o człowieku, o tym, co dobre i o tym, jak powinno wyglądać dobre życie. Kościół nie udzieli ślubu mężczyźnie sparaliżowanemu od pasa w dół, jeżeli nie jest on zdolny do erekcji, a wy chcecie, żeby gejom dał albo na in vitro pozwolił?

Nie podoba się – załóżcie nową religię. Jeśli jednak nazywacie się katolikami, to na litość boską, przyjmijcie to do wiadomości. Nie ma nic gorszego niż „wierzący niepraktykujący” z obrazkiem papieża na biurku i paczką gumek w szufladzie.

W pełni akceptuję i przyjmuję do wiadomości fakt, że Kościół jest przeciwny in vitro. Tak być musi. Wolałabym jednak, by zamiast zakazywać, grozić, negować, Kościół przyjął rozwiązania pozytywne.

Pozwolę sobie zasugerować, co następuje. Kościół winien zaapelować do wiernych, by ci adoptowali zagrożone zniszczeniem zamrożone zarodki. Mówię tu o sytuacji na świecie, ponieważ w Polsce chwilowo (do wyborów na pewno) żadne zarodki zagrożone zniszczeniem nie są.

Pod względem duchowym nie będzie się to różnić zasadniczo od adopcji porzuconej sieroty, uczynku miłosierdzia praktykowanego przez katolików od setek lat. Grzeszność procedury in vitro leży bowiem w pozaustrojowym zapłodnieniu, nie zaś w urodzeniu spłodzonego w ten sposób dziecka. Moja - słaba, to prawda - znajomość prawa kanonicznego każe mi domniemywać, że takie niepokalane poczęcie nie byłoby grzechem nawet dla zakonnicy. Możemy sobie wyobrazić cały zakon – powiedzmy, tercjanek pod wezwaniem św. Jadwigi (na cześć Jadwigi śląskiej od tabuna dzieci), choć zakon pod wezwaniem Niepokalanego Poczęcia też brzmi dobrze. Siostry zakonne z powodzeniem wszak prowadzą sierocińce i domy samotnej matki. Wreszcie w  jednym akcie miłosierdzia zespoliłyby się dwa podstawowe, acz przeciwstawne marzenia katolika: życia w czystości i  mnożenia miłości. Stolica Apostolska jeśli dobrze rozumiem jest przeciwko, jak sądzę głównie dlatego, że gdyby taka procedura stała się powszechna, odciążyłoby to sumienia rodziców, którzy tym chętniej poddawaliby się in vitro – łagodząc skutki zła, Kościół przyczyniałby się do jego tworzenia.

Wynika to zapewne z wiary Kościoła w to, że ma faktyczny wpływ na decyzje tych ludzi. Przejdzie mu.

Komentarze (1):X

2015-09-03 13:56:15

pięknie napisane :)

Treść komentarza (nie więcej niż 2000 znaków):

Kod weryfikujący:

Tu wpisz kod weryfikujący + 4: