Strona z tekstem
E
123

Trudna sztuka pakowania
Po licznych perturbacjach (mieliśmy w planach Chiny i Wietnam, przez tydzień myśleliśmy, że pojedziemy do Peru, a i Jordania chodziła nam po głowie) wyszło na to, że wkrótce ponownie lecimy do Delhi. Tym razem będzie tylko przystanek w drodze nad Zatokę Bengalską.

Z pewną zazdrością patrzę na znajome, które są w stanie spakować się do Indii w trzy godziny, wrzucając do plecaka pidżamę i płyn do higieny intymnej. Mi zajmuje to miesiąc. Z drugiej strony, pakowanie stało się dla mnie formą hobby. W końcu nikt mi nie każe w ręcznym młynku do kawy mielić orzechów specjalnie po to, by sporządzić wartościowe wysokokaloryczne muesli do zjedzenia podczas postoju na lotnisku w Dubaju.

Poza tym, będziemy poruszać się dużo mniejszym samochodem, co wymaga wzięcia mniejszego bagażu. W tej sytuacji powinnam być z siebie dumna, że w ogóle udało mi się spakować, w torbę dwukrotnie mniejszą, niż poprzednio.

Ponieważ jadą z nami nowe osoby, poproszono mnie o sporządzenie kompletnej listy wszystkiego, co należy zabrać. Postarałam się to zrobić nie odstraszając ich zanadto.

1. Paszport

Należy mieć zawsze przy sobie. Polecam torebki przypinane do ciała dwoma pasami - przez ramię i w pasie. Są płaskie, więc można je nosić pod ubraniem. My sprawiliśmy sobie takie firmy Deuter.

Saszetka na paszport i inne utensylia

Odradzam popularne „torebki na paszport” i „saszetki na dokumenty” w kolorze wściekły pomarańcz albo turkusowy błękit, które zawieszone na szyi wyglądają jak prostokątny odpowiednik tarczy strzelniczej. Trzymającej się z reguły na bardzo cienkim pasku, który wprawiony złodziej odetnie jednym ruchem. Jeśli zdecydujesz się na „nerkę”, zwróć uwagę, by miała zapięcie na klamrę (jak od paska), nie zatrzask, który osoba stojąca za tobą może odpiąć jedną ręką. Jak już znajdziesz takie nerki, daj mi znać, bo w moim wszechświecie takowe nie istnieją.

W wielu krajach Afryki i Azji, w tym w Indiach, zwykle przy rejestracji gości w hotelach robi się im ksero paszportu. Zdarza się, że punkt ksero jest dwie ulice dalej, a boj hotelowy czeka, aż mu się uzbiera dwadzieścia paszportów, by się pofatygować. Ponieważ zostawianie paszportu w obcych rękach jest bardzo złym pomysłem, często okazuje się, że musisz kwitnąć na recepcji/w punkcie ksero przez czterdzieści minut, zamiast rozkoszować się zimnym prysznicem. Dlatego warto wziąć ze sobą tyle kserokopii paszportu, ile hoteli planujesz odwiedzić (potrzebna jest strona z danymi osobowymi oraz strona z wizą). Oszczędza to fatygi i obsłudze, i tobie więc obie strony są zadowolone.

2. Pieniądze

Walutą indyjską jest rupia. Na dzień dzisiejszy 1 dolar to około 60-65 rupii. Litrowa butelka wody kosztuje 20 rupii, porcja ryżu w restauracji – 90 rupii. Oczywiście należy zabrać dolary, ewentualnie euro, złotówek nie wymienimy. Kiedyś grubszą gotówkę zaszywałam w stanik zamiast push-upa. Jedyna okazja w moim życiu, by założyć bieliznę wartą 1200 dolarów.

ATM :)

Bankomaty można znaleźć mieście, działają bez problemu ze wszystkimi kartami, jakie zdarzyło nam się wypróbować. Prowizja za wypłatę jest na tyle mała, że właściwie równa się stracie, jaką ponosimy na podwójnym przewalutowaniu (ze złotówek na dolary i z dolarów na rupie) przy płaceniu kartą. Najlepiej opierać się na dwóch filarach i mieć ze sobą i kilkaset dolarów, i kartę do bankomatu.

3. Telefon

Kartę do telefonu można oczywiście kupić na miejscu, dzięki czemu rozmowy (również te z Polską) będą dużo tańsze. Niestety, w Indiach nawet karty pre-paid są rejestrowane. Musisz dostarczyć swoje szczegółowe dane: imiona rodziców, numer buta i ksero paszportu. Dokumenty zostaną gdzieś wysłane do potwierdzenia, i może po tygodniu do ciebie wrócą - wtedy komórka zacznie działać. W przypadku podróżników możliwość czekania przez tydzień w jednym miejscu raczej odpada, pozostaje więc polowanie na kartę używaną, w czym może pomóc przewodnik. My poprosiliśmy biuro podróży, z którego wynajmowaliśmy kierowcę, o wypożyczenie nam paru kart i zgodzili się bez problemu.

Rejestrowanie pre-paidów spowodowane jest z tego co wiem kilkoma zamachami, w których ładunki zdetonowano drogą radiową za pomocą komórek. Może to zachęcać różnych drobnych cwaniaczków do pożyczenia waszego paszportu na kilka minut celem zarejestrowania nań kilku kart. To jeden z powodów, dla którego nie należy powierzać paszportów obsłudze hotelowej.

4. Leki

Legenda głosi, że w Indiach na każdym rogu są dwie apteki. Jest to zasadniczo prawda.

Typowa apteka

Jeśli chcesz, możesz doświadczalnie sprawdzać skuteczność leków przetrzymywanych miesiącami w temperaturze 30 stopni. Ja tam zabieram ze sobą własne:
- przeciwbólowe;
- na gardło i przeziębienie - Indusi szaleją na punkcie klimatyzacji, więc amplituda temperatur między ulicą a holem hotelowym może wynosić nawet 15 stopni. Szalenie łatwo przeziębić gardło, właściwie nikogo to nie omija.
- antybiotyk o szerokim spektrum działania;
- leki na biegunkę, węgiel - nie wymaga komentarza;
- leki na alergię;
- termometr;
- środki odkażające do rąk
- środki odkażające rany - octenisept, tribiotic, woda utleniona
- środek przeciwgrzybiczy;
- lek na opryszczkę;
- sudocrem/talk/maść cynkowa;
- plastry (w tym na odciski).

Uwaga na kwas acetylosalicylowy czyli aspirynę - istnieje opinia, że w tropikach nie należy łykać aspiryny w przypadku objawów przypominających przeziębienie, ze względu na jej właściwości rozrzedzające krew. Gdybyś bowiem przypadkiem złapał ebolę lub inną gorączkę krwotoczną (i pomylił pierwsze objawy z grypą), aspiryna by cię dobiła zamiast wyleczyć. Z tak zwanej trzeciej strony, konkretne rozrzedzenie krwi uzyskuje się dopiero po zażyciu końskiej dawki, więc bez paniki. Sugeruję jedynie, że warto wiedzieć, co się łyka i w jakim celu.

5. Szczepionki i malaria

Nie ma obowiązkowych szczepień koniecznych, by wjechać do Indii. Większość chorób groźnych dla turystów przenosi się drogą pokarmową - WZW, cholera, dur, polio. Jest jeszcze przenoszona przez komary denga, na którą nie ma szczepionki. Nie takiej przenoszącej się drogą kropelkową. Poza gruźlicą, na którą jesteś zaszczepiony, jeśli tylko matka nie urodziła cię w domu i nie ukryła twojego istnienia przed Sanepidem, i ebolą, na którą szczepionki i tak nie ma. Dlatego środki ostrożności są co najmniej tak ważne, jak szczepienia. Po prostu nie jesz niczego surowego, nie jesz brudnymi rękami, i pijesz tylko wodę którą sam odkręcałeś.

Oczywiście warto zaszczepić się na tężec, żółtaczkę czy wściekliznę.

Na malarię szczepionki nie ma. Można przyjmować doustną profilaktykę antymalaryczną (np. Malarone, Lariam). Problem w tym, że poszczególne szczepy malarii uodporniły się na poszczególne typy leków, dlatego żeby wiedzieć, jaki wziąć lek, musisz dokładnie wiedzieć, na teren jakiego szczepu wkroczysz. Lek musisz zacząć brać tydzień wcześniej i kontynuować tydzień po opuszczeniu terenu ryzyka. Co więc, jeśli podróżujesz przez kilka malarycznych rejonów? Nie bierz kilku rodzajów leków bez konsultacji ze specjalistą od chorób tropikalnych!.

Poza tym, efekty uboczne tych specyfików mogłyby powalić słonia. Mdłości, wysypka, biegunka, grzybica, nerwica, psychoza... Profilaktykę antymalaryczną możesz łykać nie dłużej niż 6 czy 8 tygodni, potem najwyraźniej zacznie rozpuszczać ci żołądek.

Tabletek przeciw malarii nie zaleca się osobom, które jadą na zagrożony teren w interesach i planują przebywać głównie w hotelach, w miastach, z dala od zbiorników wodnych.

Aha, no i zabierz moskitierę.

6. Kosmetyki

- Odpowiedni zapas kremu z filtrem - Indusi nie potrzebują, więc można je dostać tylko w enklawach turystycznych, lekko przeterminowane i po wygórowanej cenie;
- zatyczki do uszu - bo po całym dniu słuchania klaksonów nie ma nic przyjemniejszego niż odpoczynek w pokoju hotelowym, którego klimatyzator wydaje dźwięki jak startujący helikopter. Indie należy chłonąć wszystkimi zmysłami, ale niekoniecznie wszystkimi na raz.
- szampon - jeśli nie macie specjalnych wymagań, akurat szampon naprawdę można kupić na każdym rogu, w jednorazowych szamponetkach;
- pasta do zębów – wiadomo;
- jakiś środek na pryszcze - w kurzu i brudzie zawsze w końcu wyskoczy jakaś bolesna krosta;
- tonik do mycia twarzy i waciki - woda jest taka sobie;
- pilniczek do paznokci;
- nożyczki;
- proszek do prania - również można kupić na każdym straganie, w jednorazowych opakowaniach, w porcjach na 1 lub na 5 prań. Ciekawostka przyrodnicza: woda w Indiach, pozbawiona chloru i innych wybielaczy, umożliwia zrobienie porządnego prania w dosłownie szczypcie proszku. Dodanie do miski "polskiej" ilości proszku kończy się tym, że ciężko ubrania wypłukać.

A także:
- zatyczki do uszu (chłonąć Indie należy wszystkimi zmysłami, ale niekoniecznie cały czas i niekoniecznie na raz), jodynę (używana jest do uzdatniania wody. Po pierwszych testach in vivo było mi trochę niedobrze, ale nie poddaję się),
- cukier w saszetkach (sponsorem jest głównie Pizza Hut. sponsorem podróżnej cukierniczki - DaGrasso), szamponetki i mydła jednorazowe (jedna z Indii, druga z Maroko, mydło z Kenii, choć produkcji malajskiej. Mydło nazywa się Imperial Leather. Reszta narodów świata użyłaby chyba w tym kontekście słowa „skin”, ale co kraj to obyczaj) oraz jeden z najbardziej doniosłych wynalazków armii amerykańskiej
- lejki umożliwiające kobietom siusianie na stojąco (opowiem kiedy indziej).
- papier toaletowy raz jest w hotelu, raz go nie ma. Owszem, można go kupić, choć w nieco mniejszych rolkach (towar luksusowy!). Pytanie, czy w kluczowej chwili wolisz biec do kiosku czy do toalety...

Pakowanie mamy opanowane do perfekcji. Robimy notatki. W każdej z trzech toreb osobny survial kit (leki, czekoladki i krem z filtrem), na wypadek, gdyby część bagaży zaginęła. Polecam zwłaszcza jeden patent: komplet ubrań, mydło, piżama, dezodorant, klapki, szczoteczka do zębów i ręcznik, czyli wszystko, co jest niezbędne do przetrwania pierwszej nocy i pierwszego dnia, pakujemy w osobny worek i wkładamy na wierzch - na miejscu można go wyjąć jednym ruchem, nie grzebiąc po całej torbie poszukiwaniu poszczególnych drobiazgów. W ten sposób unikamy tej niemiłej sytuacji, w której okazuje się, że torba, którą w domu upakowaliśmy do ostatniego milimetra, już pierwszego dnia po zrobieniu w niej kipiszu nie chce się ponownie zamknąć.

7. Ubrania

Indusi nie mają szczególnego dress-codu, to nie Iran :) Niemniej jednak Europejczycy, a zwłaszcza Europejki rzucają się w oczy. Serio, może chcesz czuć się jak Lady Gaga, ale zapewniam, po 40 minutach wzbudzania takiej uwagi, będziesz mieć dość:

...


Odradzam krótkie spodenki, bo twoje blade europejskie nogi ściągną żebraków, naciągaczy i napalonych nastolatków z odległości 300 metrów. Poza tym, niewygodnie siedzi się gołymi udami na rozpalonych murkach czy gorących skórzanych fotelach. Najlepiej sprawdzają się szerokie spódnice i spodnie długości 3/4 lub ze ściągaczami u dołu (dłuższe bez ściągaczy zamiatają błoto i kurz). Bluzki na ramiączkach zasadniczo są ok, ale twoja skóra podziękuje ci za osłonięcie jej rękawkiem lub chustą. Długi rękaw sprawdzi się, pod warunkiem, że będzie to cienka bawełna, jedwab, w ostateczności wiskoza. Ja pod koniec imprezy zwykle wyglądam tak:

Wash Washine w przydrożnej restauracji

Kilka chust/szali - absolutny must have to jak największa chusta z jak najcieńszego płótna/jedwabiu (rzecz jasna nie z poliestru). Gdy zimno robi za szalik, gdy gorąco za turban, gdy brudno, za zapasową poszewkę na poduszkę. Osłaniam taką chustą ramiona i włosy. Jest zdecydowanie bardziej wielofunkcyjna niż kapelusz czy czapka, a o tym, że czymś głowę osłaniać trzeba, przekonywać nie muszę. Dla Indusek chusta to podstawowy element garderoby, bywa nawet obowiązkowym elementem szkolnego mundurku.

Nie polecam kurtek przeciwdeszczowych. Przy tamtejszym upale i zawrotnej wilgotności powietrza, człowiek okryty kurtką przeciwdeszczową poci się tak, że wkrótce jest tak samo mokry w środku, jak na zewnątrz. Jak już bardzo musisz, weź parasol.

Co do butów, to kwestia uznania. Ja wolę mieć zakryte palce, bo w kółko o coś boleśnie zahaczam. Dobrze sprawdzają się różne odmiany crocksów. Mogą sobie być najbrzydszymi butami świata, ale jak ci ryksiarz przejedzie po stopie, to zawsze to jakaś amortyzacja. Okazują też swoją wyższość, kiedy spadnie deszcz i trzeba przejść przez głęboką powyżej kostek kałurzę. Chodzę w nich cały dzień, a na koniec wchodzę w nich pod prysznic. Do tego przynajmniej jedne buty zasłaniające kostkę (albo, mój kompromis - adidasy plus grube zrolowane warmersy na kostce – ale tylko na tych wyprawach, na których mało się chodzi po lasach). Nie żebym coś miała do skorpionów i pijawek, ale jednak.

O jedzeniu nie będę pisać, bo to sprawa zbyt bolesna. Ja w każdym razie zabieram swój niezbędnik.

Każda szanująca się torba ma drugie dno. Moja nawet dwa.

Do tego kilka par okularów przeciwsłonecznych i możesz jechać.