Strona z tekstem
E
123

Paulina Plizga: Trendy zostawiam stylistom
– Ja, to się po pani Paulinie czego innego spodziewałam – mówi pani właścicielka. Jest to kobieta koło pięćdziesiątki, energiczna, uśmiechnięta, niewzruszona niczym, co może z jej hotelem zrobić grupa złożona z 2 projektantów, jednej tancerki, fotografa mody, dwóch blogerek oraz – a zwłaszcza – ich gości, wpadających po 23.00, zamawiających pizzę do świetlicy (Telepizza nadal dzwoni do mnie o 8 rano, żeby mi powiedzieć, że mogę zamówić 3 w cenie 1) i kradnących chleb z kuchni. Hotel, w którym nocujemy, nazywa się Relaks – jak twierdzi Paulina, właśnie na cześć wiecznie zrelaksowanej właścicielki. Kobieta krząta się po świetlicy, podaje kawę nam i naszym gościom, proponuje im kanapki i domaga się zdjęć z pokazu.

Podobały się.

Pokaz Pauliny Plizgi był, moim zdaniem, koncepcyjnie najlepszym pokazem części Off na październikowym tygodniu mody w Łodzi. Skończona całość, w której fryzury pasują do makijaży, makijaże do muzyki, muzyka do butów (łososiowe baletki taneczne skustomizowane za pomocą 40 centymetrowego młotka), a całość do ubrań. Z drobną pomocą Kayi Kołodziejczyk odpowiedzialnej za choreografię i Maldororem wrzeszczącym na modelki na przymiarkach („No, po tym panu to się spodziewałam najgorszego” – mówi pani właścicielka), Paulina stworzyła widowisko na granicy perforemance, którego każdy element podkreśla charakter kolekcji. Ubrania, utrzymane w bieli, ecru, szarościach i beżach z niewielkim dodatkiem czerni, są bardzo subtelne, bardzo francuskie, bardzo delikatne i bardzo unikatowe.

Jak powszechnie wiadomo, Paulina jest specjalistką od ubrań powstających z recyklingowanych tkanin. Konkretniej, skrawków. Jest to zegarmistrzowska robota wymagająca nieznanych mi pokładów cierpliwości. Jak powszechnie wiadomo, technika ta wymusza (czy raczej gwarantuje) całkowitą unikatowość każdego elementu, każdej spódnicy, każdej koszulki, każdych legginsów i każdej sukienki. Projektantka tworzy patchworki zarówno z tkanin, jak i z dzianin; różnokolorowych lub monochromatycznych, opartych na współgraniu ze sobą różnych faktur, różnych grubości, a wszystko to składa się na zupełnie nowy, wyjątkowy świat wykraczający poza granice mody. „Trendy zostawiam stylistom” – mówi projektantka. Jej rzeczy są ponadczasowe, inspirowane strukturą i możliwościami materiału bardziej niż trendami. „Moda inspiruje mnie bardziej w kontekście społeczno-obyczajowym. Obserwowanie różnych zachowań związanych z aktualnymi tendencjami jest dla mnie o wiele ciekawsze, niż naśladowanie trendów. Lansować nowych trendów też nie będę, więc „trendy” jako takie zajmują być może 10% mojej działalności… Gdyż całkowicie przed nimi nie ma ucieczki.”

Była jedną z pierwszych, jeśli nie pierwszą Polką działającą w dziedzinie twórczego recyklingu – na skalę inną, niż domowa, oczywiście. Jestem dość stara, by wiedzieć, że twórczy recykling był – musiał być – przymiotem większości gospodyń domowych okresu socjalizmu. Ale to, co dla poprzedniego pokolenia było codziennością, Paulina podniosła do rangi sztuki. „Marzyłam o tym, by projektować rzeczy niecodzienne, robić szalone pokazy i być jak Gaultier czy Lacroix, których poczynania odkryłam dzięki wykupionych w Empiku archiwalnych numerach francuskiego ELLE. Polska prasa „modowa” dopiero raczkowała, a zawód projektanta w polskich realiach to była raczej fanaberia, chyba nikt nie myślał, że z tego można żyć. Serio.”

Zresztą, mama Pauliny pracowała jako krawcowa, więc Paulina dużo mi opowiedziała o tym, jak w tamtych czasach wyglądało „modne ubieranie się”. Do tej pory, moim głównym źródłem na ten temat była książka Teresy Kuczyńskiej, zatytułowana „Moda w rytmie epoki” – rewelacyjny (na ile jestem w stanie to ocenić) podręcznik stylu, wyjaśniający między innymi, czym jest bikini oraz dlaczego eleganckie kobiety nie powinny w pracy pić herbaty z musztardówek. „W późnych latach 80 – mówi Paulina – kiedy w Polsce dopiero kończył się komunizm, postępowała intensywna prywatyzacja i ludzie ubierali się w marmurkowe dżinsy i za duże żakiety z wielkimi watolinowymi poduszkami na ramionach… kupowane zazwyczaj na bazarach lub w pierwszych lumpexach. Wbrew pozorom była to prawdziwa moda i nie zgodzę się z teorią, że polska ulica nie była modna. Zresztą jeszcze wcześniej, niż w latach „pierestrojki” w Polsce robienie mody polegało na kopiowaniu strojów z przeterminowanych żurnali francuskich lub niemieckich. Wiem to, bo moja mama była wtedy krawcową i miała takie klientki, które przynosiły zdjęcie z niemieckiego Vogue, kupon tkaniny od cioci z USA i mama szyła im te „kreacje”. Po prostu w tamtych czasach nie mieliśmy w Polsce takiego wyboru, jak dziś, a ludzie mimo wszystko sobie radzili. Pamiętam, że mieliśmy sąsiadkę, która robiła dla wszystkich przepiękne swetry na drutach. Wszystkie dziewczyny w liceum miały takie swetry. I to była moda.”

Historia życia i kariery Pauliny Plizgi jest tak prosta, że aż nieprawdopodobna: 1. Jako dziecko postanawia zostać projektantem. 2. Dorasta. 3. Zostaje projektantem. Potrafi streścić całą tę historię w trzech zdaniach, jakby nie było nic dziwnego, że dziewczyna tuż po maturze wyjeżdża z kraju postsocjalistycznego do Paryża, nie mając żadnych funduszy zakłada atelier, po czym zaczyna sprzedawać ubrania na 3 kontynentach. Bułka z masłem.

Cóż, być może znudziło jej się opowiadanie o tym przy okazji każdego wywiadu. Zamiast tego woli mówić o wpływie, jaki wywarł na nią na początku lat dziewięćdziesiątych pokaz Margieli i działalność całej Antwerpskiej Szóstki.

„To była rewolucja. Wtedy był taki moment, że wielu młodych ludzi zajęło się modą. Powstało mnóstwo butików alternatywnych – „multibrandów”- gdzie można było kupić nie tylko wielkich i znanych, ale także debiutujących. Dla mnie to była szansa zaistnienia. Bardzo mi to pomogło, choć również fakt, że ciężko pracowałam nad swoim sukcesem. W Paryżu było tak dobrze, że wielu młodych projektantów otwierało własne sklepy. Współpracowałam wtedy z kilkoma sklepami w Paryżu, Strasburgu i w Nowym Jorku. Regularnie woziłam kolekcje do Londynu na targi w dzielnicy Brick Lane – wtedy nowej ultra-trendy miejscówce. Myślałam też o otwarciu własnego sklepu. Zwiedzałam wolne lokale, jeszcze wtedy nie tak drogie jak dziś. Ale niespodziewanie zjawili się Japończycy i na kilka lat zajęłam się intensywną produkcją moich kolekcji, które stały się bestsellerem w tokijskim centrum handlowym La Foret. Właściciele sklepu YSH, z którym współpracowałam byli tak zachwyceni moim atelier, że zaprosili mnie do Tokio. W samym sercu modnej dzielnicy Shibuya postawili specjalną replikę mojej pracowni i kazali pracować przez 2 tygodnie, na oczach przechodniów. To było ekstra.”

Japończycy mają to do siebie – potrafią człowieka uszczęśliwić. Nawet, jeśli polega to na umieszczeniu go w akwarium, człowiek i tak się cieszy.

Choć to Paryż pomógł Paulinie ustabilizować swoją pozycję na rynku, ostatnio coraz chętniej wraca do Polski, bo znudziło ją, jak mówi, „kryzysienie” Francuzek. W tym samym czasie, w którym w Paryżu zaczynał się kryzys, w Warszawie moda zaczynała robić się modna. Powstało mnóstwo imprez o tej tematyce, zaczął się wysyp concept storów, tak zwana poważna prasa wreszcie zaczęła o modzie pisać. „Odkryłam że w Warszawie zaczyna się dziać coś ciekawego. Fenomen „mody na modę” oraz niesamowite możliwości, jakie pojawiły się wraz z licznymi imprezami branżowymi są dla mnie ogromnie miłym zaskoczeniem i muszę przyznać, ze jestem pełna podziwu. Z przyjemnością wracam teraz do Polski. Jest dużo pozytywnej energii, której niestety już brak tu na „Zachodzie. Warszawska klientela jest chłonna i otwarta na nowości. Paryż jest w martwym punkcie. Mimo wszystko jednak nie jestem gotowa podjąć ryzyka powrotu do Polski. Moim zdaniem, ta euforia minie za jakiś czas. Zresztą już coraz częściej słyszę, że w Polsce kryzys też zaczyna straszyć.”

W związku z tym, że ubrania Pauliny są unikatowe, nie mają regularnej rozmiarówki. Dopasowują się do sylwetki poprzez sznurowania, zatrzaski, guziki, suwaki. Dlatego kobieta o przeciętnej sylwetce nie musi obawiać się, że ubrania przedstawione na pokazie będą na nią za małe. „Na pokazy nie szyję mojej kolekcji w ekstremalnie małych rozmiarach. Manekiny których używam mają dość dobre proporcje i praca na nich daje dobry rezultat. To stare francuskie manekiny haute couture, zdobyte na pchlim targu w Paryżu.” Zresztą, klientki Pauliny to osoby, które lubią eksperymentować z modą. ”Od kilku sezonów wprowadziłam męskie sylwetki do moich pokazów. Po pierwszej mieszanej kolekcji wszystkie modele „męskie” w 90% wykupiły kobiety.”

Trudno o mniej pretensjonalną osobę, niż Paulina Plizga. Spokojna i pracowita, na targowisko próżności o nazwie Tydzień Mody przychodzi w prostej spódnicy i czarnym golfie, siada i robi swoje, niezależnie od tego, czy polega to na waleniu młotkiem w baletki, czy pilnowaniu sztenderów w czasie, gdy ja, Kaya i Maldoror zapijamy się darmowym Martini. Tymczasem ubrania z kolekcji letniej są przeważnie ażurowe, odsłaniają sporo biustu, podkreślają nogi. Pewnie ten właśnie kontrast miała na myśli pani właścicielka. Oczywiście, nie mogła wiedzieć, że ta kolekcja jest jedynie próbką szerokich możliwości. Ale to powiemy jej następnym razem. Na pewno wpadniemy. Ja i jeden z gości wisimy jej za nocleg.

Komentarze (0):X

Treść komentarza (nie więcej niż 2000 znaków):

Kod weryfikujący:

Tu wpisz kod weryfikujący + 4: