Strona z tekstem
E
123

Gwiezdne wojny, Andropauza i Maczeta
Jestem chyba jedną z bardzo nielicznych osób, która nie dostała nerwowej czkawki na wieść o tym, że prawa do Gwiezdnych Wojen zostały sprzedane Disney'owi. Powód - bardzo prosty. Im dalej Gwiezdne Wojny znajdują się od swojego twórcy, Georga Lucasa, tym dla nich lepiej. Nie wiem, rzecz jasna, czy planowana na grudzień premiera kolejnej części sagi będzie nadawać się do oglądania, mam jednak niejasne wrażenie, że gorsza, niż „Zemsta Sithów” nie może być.

Co ważniejsze, Lucas stracił prawo gmerania w oryginalnej Trylogii. Bo o to tu głównie chodzi. O Oryginalną Trylogię, powstałą w latach 1977-1984. Reszta to zawsze będą popłuczyny, odcinanie kuponów i rozrywka dla małolatów. Nie mam nic przeciwko temu, by sobie powstawały, choć wybaczcie, dalej nie wiem, co było pierwsze - „Zemsta Syfów” czy „Wojna Glonów”. Może i nawet pójdę do kina na planowany na grudzień sequel, ale na pokaz przedpremierowy raczej nie będę się zapisywać.

To, co liczy się dla historii filmu, to Oryginalna Trylogia, z jej dwudziestoma nominacjami do Oskara (z czego 10 wygranych), kilkoma Złotymi Globami i kilkoma Grammy, sześcioma nominacjami do BAFTA (z czego wygrane dwie), a nawet nagrodą Japońskiej Akademii Filmowej.

Można nie lubić sci-fi. Można się zgodzić, że „Gwiezdne Wojny” to bajka, która obok fantastyki naukowej nie stała. Może i Imperium zostało pokonane przez misie koala i przerośnięte chomiki. Ale nie można podważyć stwierdzenia, że te filmy to kamienie milowe w historii kina.

I tych kamieni milowych już praktycznie nie ma. Bo nie - wbrew temu, co wam się wydaje - nie kupicie ich w Empiku. Wersja, którą wasi rodzice oglądali w kinach niemal już nie istnieje, wycofana z obrotu, nigdy nie wydana na blu-rayu, na DVD też nie do kupienia. To, co możecie kupić, to reedycja, zmieniona w tylu szczegółach, że właściwie oglądacie nie ten sam film.

Pierwsza reedycja - lifting moralny

Pierwsza reedycja miała miejsce już w latach dziewięćdziesiątych. CNN podało, że wydano na nią około 10 milionów dolarów, czyli tyle, ile na produkcję oryginalnych filmów 30 lat wcześniej. Kasa poszła na wyczyszczenie dźwięku, odświeżenie obrazu, przeniesienie na nośniki cyfrowe i dodanie paru ujęć.

Jedną z istotniejszych zmian było dodanie sceny, w której Han Solo rozmawia z Jabbą przed odlotem z Tatooine. Pozwólcie, że nie-geekom przetłumaczę: przez całą trylogię jednym z głównych wątków kręcących się wokół Hana jest jego dług wobec gangstera imieniem Jabba. W oryginalnej, kinowej wersji pierwszej części, nie widzimy Jabby, słyszymy tylko jego imię. Ale w Trylogii pojawiają się setki imion, łowców nagród za Hanem wysyła nie tylko Jabba, ale też Vader, i widzowie naprawdę mają prawo nie do końca orientować się, czemu w „Powrocie Jedi” jakaś kijanka na sterydach trzyma naszego zamrożonego w karbonicie bohatera jako dekorację ścienną.

Scena, w której Jabba sam fatyguje się do Hana i żąda zwrotu pieniędzy została nakręcona, ale z powodu cięć budżetowych w 1977 roku z niej zrezygnowano. Brak tej sceny nie rzutuje na fabułę, ale rzutuje na komfort widza, który musi sięgnąć do notatek, by się połapać. No więc, w reedycji dodano scenę rozmowy Hana z Jabbą, a trzy filmy później wszyscy nadal kojarzą, kto z kim i dlaczego.

Jabba z pierwszej i drugiej reedycji, via starwars.wikia.com

Niestety, jak widać na załączonym obrazku, cyfrowa wersja Jabby jest zwyczajnie, przepraszam, gówniana. Zaś dialog Hana z Jabbą jest powtórzeniem wcześniejszego o jakieś 5 minut dialogu Hana z Greedo (niektóre kwestie powtarzają się dosłownie), co wskazuje na to, że w filmie pierwotnie miała znaleźć się tylko jedna z nich.

Powodem dzikiej wściekłości fanów jest inna zmiana - trwająca mniej niż sekundę modyfikacja w scenie, w której Han strzela do jednego z nasłanych przez Jabbę łowców - Greedo. W oryginale, strzał Hana pada zanim przeciwnik zdoła strzelić. W reedycji, Han strzela dopiero po strzale oddanym w swoim kierunku. Taka okoliczność łagodząca. Strzał w obronie własnej. Że niby Han nie jest bandziorem. Drogie dzieci, pamiętajcie. Han nie jest bandziorem. Powtórzmy. Han nie jest bandziorem. Pół godziny później Han zgodził się ratować życie Lei dopiero, kiedy Luke zaoferował mu pieniądze, ale na pewno się tylko droczył.

Sensu to najmniejszego nie ma, jest co najwyżej kolejnym dowodem braku dystansu do swojej pracy - oczyma wyobraźni widzę, jak Lucas przez dwadzieścia lat nie może spać po nocach z powodu tej zmazy na honorze Hana Solo, i marzy o zatrudnieniu specjalistów od efektów specjalnych po to, by mu ten strzał w gotowy film wmontowali. W związku z tym wygenerowano dodatkowe pół sekundy filmu, w której Han cyfrowo przesuwa się, aby uniknąć (również doklejonego w postprodukcji) strzału. Głowa mu lata jak Michaelowi Jacksonowi.

Nerdy dostały ataku histerii. Cały nurt obrony Trylogii jednoczy się pod tym jednym hasłem-wytrychem. Han shot first. Zresztą, wpiszcie to hasło w Google, zobaczycie, co się stanie. Han strzela pierwszy. Zawsze. Han nie czeka, aż przeciwnik wyciągnie broń, między innymi dlatego jeszcze żyje. Można sobie kupić koszulki z takim napisem. Han nie myśli, Han strzela. Na dowód, ciężarna Leia.

Keep Calm Shoot First Always shoot first

Druga reedycja - nowe twarze, nowe głosy

Powyższe zabiegi z pewnym trudem można jeszcze przebaczyć, strzał Hana to dla normalnych ludzi co najwyżej materiał na anegdotkę. Ale reedycja druga to już jednak gruba przesada.

Przypomnę. Część pierwsza starej trylogii wygrała sześć Oskarów i jest uważana za dziedzictwo kulturowe. Nowa wersja zastępuje czymś zupełnie innym cztery kategorie spośród zwycięskich: efekty specjalne, montaż, dźwięk i scenografię. To dosłownie nie ten sam film.

Listę zmian możecie sobie szczegółowo przejrzeć na przykład na tej stronie: http://www.star-wars.pl/. Widać zupełnie inną kolorystykę. Lucas bawi się jak dziecko nowymi możliwościami efektów specjalnych, zanieczyszcza nieba statkami-statystami, dokleja wszędzie gdzie się da najdziwniejszych kosmitów, którzy mają za zadanie zachowywać się slapstickowo komicznie. Wymieniono kilka scen na ich inne ujęcia (przy okazji niechcący zmieniono kilka kwestii. Dubbingujący sam siebie Mark Hamill czytał ze scenariusza, zapomniawszy, że w czasie kręcenia zaimprowizował tu czy tam. Efektem są drobne zmiany w dialogach. „You are lucky you don't taste very good” - mówi do R2D2 w starej wersji; „You are lucky to get out of there” - w poprawionej).

Zmieniono twarz Imperatora, by dopasować ją do image'u aktora grającego tę postać w prequelach. Wydłużono i zmieniono cały dialog Imperatora z Vaderem, by dopasować go do fabuły prequeli. Zdubbingowano Boba Fetta, by mówił głosem swojego odpowiednika z filmów dokręconych później. W scenie finałowej pojawił się Jar-Jar, bohater z części pierwszej prequeli.

Numerem jeden na liście zmian idiotycznych jest przerobienie Vadera tak, by pasował do prequelowej wersji siebie. W chwili, gdy widzimy go bez maski, w wersji po retuszu ma wydepilowane brwi (sic! sic! sic!) i oczy przemalowane z brązowych na niebieskie. Gdy ukazuje się Luke'owi jako duch, występuje pod postacią młodego aktora Haydena Christensena, który grał w części 2 i 3 prequeli. Wycięto oryginalnego aktora, Sebastiana Shawa. Lucas nie dograł osobnej sceny z Christensenem, ale wyciął jego gębę z materiału nakręconego do prequeli, stąd nowy Vader ma minę, jakby planował kogoś zamordować, podczas gdy stary był rozbrojonym, unieszkodliwionym, uśmiechniętym staruszkiem.

Vader nowy i Vader stary. Temu nowemu źle z oczu patrzy, prawda?

Kolejnych zmian dokonywano właściwie z każdym kolejnym wydaniem. A to czcionka, a to dodanie jakiegoś krzyku w tle. Tak długo, jak długo Lucas odpowiadał za dystrybucję, każde nowe wydanie różniło się w szczegółach od poprzedniego.

Każda kolejna wersja jest bardziej dziecinna, czy raczej - dziecięca. Nie czarno-biały Han zostaje wybielony. Okrutna śmierć niewolnicy Jabby złagodzona zostaje kilkoma sekwencjami pseudokomicznych wyskoków różnych wygenerowanych komputerowo cudaków (dziewczyna umiera pożarta żywcem, a my oglądamy zbliżenie na migdałki kosmity drącego ryja do jakiegoś intergalaktycznego hitu). Szturmowcy zamiast chodzić piechotą, jeżdżą na doklejonych 30 lat po produkcji filmu dinozaurach. Za plecami bohaterów latają „komiczne” roboty, których życiowym celem jest „zabawne” denerwowanie wszystkich dookoła, względnie zderzanie się z kimś/czymś. Niebo jest bardziej niebieskie, a trawa bardziej zielona. W galaktyce jest więcej gwiazd i świecą jaśniej.

To jest krótko mówiąc gwałt na kulturze. Serio, ten film jest kulturowym dziedzictwem ludzkości. Nie wolno w nim gmerać tylko dlatego, że ktoś ma andropauzę. Wyobrażacie sobie co by było, gdyby dziedzice Ludwika XIV zaczęli przebudowywać Wersal w stylu modernistycznym?

Wszystko by grało, gdyby Lucas, jak każdy normalny człowiek w jego położeniu, wydał, OBOK oryginalnej wersji, wersję nową, reżyserską. Mamy wszak reżyserskie wersje wielu filmów od Terminatora po Leona - reżyserskie i kinowe bez problemu funkcjonują obok siebie. Gorzej, że Lucas usiłuje starsze wersje zastąpić. Dla niego, poprawiona wersja nie jest edycją specjalną. Jest edycją jedynie słuszną. Wersji kinowej nie można kupić, odeszła w zapomnienie wraz z VHSem. W 2006 wypuszczono minimalny nakład DVD z dwiema wersjami filmów - jedyną słuszną, czyli poprawioną, oraz drugą oryginalną, dodaną jako „bonus material”. (Łaskawcy.) Poza tym, jedynymi legalnymi posiadaczami oryginałów są posiadacze kaset VHS.

Wielokrotnie, wprost pytany, Lukas wprost odpowiadał, że życzy sobie, by wersja kinowa zniknęła. „Za sto lat - prorokuje - wszyscy będą znali tylko wersję DVD”. (A nie. Bo ja przechowam oryginalną. I wielu innych którzy są ze mną. A imię nasze legion. Ha!). Biblioteka Kongresu dysponuje oryginalną wersją, ale organizację National Film Registry, która zajmuje się archiwizowaniem filmów o szczególnym znaczeniu dla kultury, Lucas odesłał z kwitkiem. Bo tak. Bo można, jeśli się chce, wymazać kawałek historii zachodniej kultury.

Nie wyobrażacie sobie ile hejtu płynie codziennie pod adresem Georga Lucasa. Ile petycji, próśb i gróźb. Niewiarygodne, że nie pękł. Dzielnie trwa na stanowisku - moje zabawki, moje kredki, moje dziedzictwo kulturalne. Zabiorę, bo mogę.

Porządek Maczety

W minione święta pokłóciłam się z rodziną o to, w jakiej kolejności „Gwiezdne Wojny” należy oglądać (a myśleliście że przy stole wigilijnym można się kłócić tylko o Tuska?). Po namyśle dochodzę do wniosku, że tej chwili nie istnieje już właściwa odpowiedź na to pytanie, prequele bowiem służą tylko i wyłącznie wyjaśnieniu fabuły sequeli, a sequele przestają być zrozumiałe bez znajomości prequeli. Ten cykl filmów zaczyna tworzyć zamknięte koło bez początku i końca.

Spójrzmy prawdzie w oczy. Jeśli ktoś nigdy nie oglądał „Gwiezdnych Wojen”, przecież nie puścicie mu najpierw prequeli, pozbawiając go możliwości posikania się po nogach w finałowej walce „Imperium Kontratakuje”. Powstał nawet zwyczaj nagrywania reakcji ludzi, którzy pierwszy raz widzą tę scenę i wrzucania ich na youtube („My son's reaction to „Empire strikes back” revelation” i inne tego typu).

Oryginalna trylogia jest tak zaprojektowana, byśmy stopniowo dowiadywali się, najpierw, kim jest Obi-wan („może Ben go zna?”), potem, kim jest Yoda („szukam mistrza Jedi, nie widziałeś go?”), potem, kim jest Vader, a na koniec, jak się do tego ma Leia. Prequele podają te dane widzowi na stół, czyniąc oglądanie oryginalnej trylogii jeżeli nie zbędnym, to w każdym razie raczej nudnym. Poza tym, bez znajomości oryginalnej trylogii, prequele są dużo mniej zabawne, a przy tym mniej zjadliwe (zawierają mnóstwo teoretycznie dowcipnych aluzji do scen z oryginałów).

Z drugiej strony, do oryginałów co rusz wpycha się elementy odstające od całości, zrozumiałe tylko dla tych, którzy... znają prequele. No ludzie. Jak człowiek, który nie oglądał „Zemsty Glonów" ma się zorientować, że ten blond wymoczek młodszy od Luke'a to Darth Vader? Dziesięć minut wcześniej oglądamy twarz Vadera bez maski, i nie jest on do nowego siebie szczególnie podobny. Do oryginalnego aktora (może dlatego, że był tą samą osobą) - podobny był.

Nadziałam się w internecie na interesujące rozwiązanie zaproponowane przez jednego z fanów. Nazwał je The Machete Order. Według niego powinniśmy oglądać Star Wars w kolejności IV-V-II-III-VI. No cóż, kiedy będę miała dzieci planuję w ogóle nie wspominać im o istnieniu prequeli, mało tego, obejrzą cudem przeze mnie zdobyty original cut z lat 1977-83 (trudno, będą robić notatki nt. Jabby, jeśli chcą się połapać w fabule), mogą sobie potem oglądać reedycję w ramach buntu adolescencyjnego. Ale Porządek Maczety również wydaje się zjadliwy. Tajemnica pozostaje zachowana, pojawienie się wymoczka w scenie finałowej usprawiedliwione.

Dodatkowo podkreślony zostaje pewien wątek, który łatwo przeoczyć. Otóż Luke naprawdę jest na drodze na Ciemną Stronę, i to więcej niż czysto teoretyczne zagrożenie. W „Powrocie Jedi” jest pyszny i zuchwały, szarżuje mocą i używa jej do celów osobistych - ergo robi wszystko to, czego zabronił mu Yoda. Pod koniec, Luke staje przed realną możliwością rozwiązania wszystkich problemów - odzyska ojca, zakończy wojnę i ocali przyjaciół. Musi tylko zabić Imperatora. W sumie czemu nie? Każdy by zabił Imperatora, gdyby miał okazję, prawda? Luke wie co robi, prawda? Sęk w tym, że zabójstwo to akt nienawiści. Czyli - droga na Ciemną Stronę. By „dobro” wygrało, Luke musi zachować czyste serce. Nie ma moralnego prawa decydowania o życiu i śmierci tych, którzy mu podpadli, nawet w imię szeroko pojętego „wyższego dobra”. Mówiąc konkretniej, nie ma prawa arbitralnie decydować, co jest dobre, a co złe.

Zabij mnie - prosi Imperator - uwolnij swój gniew. Raz uwolniony gniew nie dałby się już poskromić, i Luke albo zająłby miejsce Vadera u boku Imperatora - albo sam stałby się Imperatorem.

Jest to wątek subtelny, dla kinomanów, smakoszy. Mam teorię, że Lucas czuje się nie usatysfakcjonowany faktem, że tak niewielu fanów go dostrzegło, i dlatego właśnie nakręcił 3 kolejne filmy, by na przykładzie Anakina nachalnie, jak krowie na rowie, prosto między oczy wytłumaczyć populacji Amerykanów, na czym polegać ma pokusa Ciemnej Strony - na ludzkiej słabości, na pysze. Anakin wierzy w to, że rozwiąże problemy świata, gdy dostanie w swoje ręce władzę absolutną, i powtarza to średnio co dwadzieścia minut, na wypadek, gdyby widz wyszedł do toalety. Jego wiedzenie najlepiej zaczyna dyktować mu, kto ma umrzeć, a kto żyć, i już nie ważne, czy chodzi o dobro ogółu, czy o zemstę za osobistą krzywdę. Anakin wie najlepiej.

Jeśli przed obejrzeniem „Powrotu Jedi” nowy adept obejrzy drugą i trzecią część prequeli, ten wątek zostanie w „Powrocie” nie tylko zauważony, ale uznany za przewodni.

Jak pewnie zauważyliście, w Porządku Maczety nie ma prequela numer jeden. Autor wyjaśnia sprawę dość prosto - „Mroczne Widmo” jest zasadniczo zbędne dla akcji, to po pierwsze. Jego brak niemal w stu procentach eliminuje postać Jar-Jara - to po drugie. Były też inne argumenty, ale osobiście te uważam za wystarczające.

Na marginesie, spójrzcie na plakat prezentujący „Star Wars” w 1977. Wszyscy wiemy, że Leia miała mniejsze cycki i większe uda, a jej kiecka nie miała rozporków, za to zaopatrzona była w golf. Mark Hamill z kolei, ani razu nie pokazał na filmie klaty. I pomyśleć, że dziś ludzie czepiają się grafików za nadużywanie Photoshopa.

Oryginalny plakat Star Wars

PS. A tymczasem, odnalazł się oryginalny scenariusz Gwiezdnych Wojen. Zgadnijcie, kto strzelał pierwszy :)

Komentarze (1):X

2017-06-15 22:32:54

Leia jako jedna z księżniczek Disneya <3

Treść komentarza (nie więcej niż 2000 znaków):

Kod weryfikujący:

Tu wpisz kod weryfikujący + 1: