Strona z tekstem
E
123

Susza w Kisasi
Kisasi, kenijska wioska zamieszkana przez plemię Kamba, leży na terenie objętym wielką suszą. Ostatnio padało w listopadzie. Spodziewano się deszczu w marcu, ale nie spadł. Tutaj jednak nikt się tym nie przejmuje. W tak zwanym kiosku wodnym można kupić wodę po cenie 3 szylingów (w przybliżeniu 1 grosz) za 20 litrów.

W kiosku braknie wody tylko czasem, znajduje się on nad zwykle pełną studnią. My mieszkamy tuż obok, zapewne dlatego nam też wody braknie tylko czasem. Mamy szczęście, z wdzięczności za 3 komputery, po jednej dla każdej ze szkół, oddano nam do użytku za darmo jeden z domków, który szkoła buduje dla nauczycieli. Jest dach nad głową, toaleta, prysznic, prąd (na niewiele się przydaje bez żarówki, ale jest), okna co prawda nieszczelne, jednego nawet brak, ale przecież to nie teren malaryczny. Potem przekonamy się, że okna w Kenii są nieszczelne z definicji. Nieważne, pustynia czy wybrzeże Jeziora Wiktorii, miasto czy wieś, okna i kran po prostu muszą być nieszczelne, inaczej człowiek zapomniałby, że jest w Kenii.

Jest też - zazwyczaj - woda, która wycieka z nieszczelnej spłuczki, wbrew wszelkiej logice zamiast skierować się do znajdującego się tuż obok odpływu, płynie w kierunku drzwi, przebija się szparą pod nimi, zakręca pod kątem prostym, przepływa przez przedpokój w stronę kuchni, znów skręca pod kątem dokładnie 90 stopni i minąwszy kuchnię, wypływa szparą pod drzwiami wejściowymi.

Na terenie największej od 60 lat afrykańskiej suszy mamy więc strumień w mieszkaniu. Zawiadamiany dozorca odpowie nam, hakuna matata, nie ma "problema", wpadnie jutro, co w lokalnym żargonie oznacza po jutrze lub za 3 dni.

Na terenie największej od 60 lat afrykańskiej suszy mamy więc strumień w mieszkaniu. Zawiadamiany dozorca odpowie nam, hakuna matata, nie ma "problema", wpadnie jutro, co w lokalnym żargonie oznacza po jutrze lub za 3 dni.

Mamy szczęście i spłuczkę udaje się naprawić. Może jednak susza daje do myślenia. Dwa tygodnie później, w Nairobi, gdzie często pada, problem nie wydaje się już tak palący. Na naszych oczach właściciele mieszkania pozostawią solidnie kapiący (żeby nie powiedzieć: odkręcony) kran i wyjadą na dwa tygodnie. W każdym z hoteli, w którym będziemy, przynajmniej jeden z elementów instalacji sanitarnej będzie nieszczelny.

W każdym z hoteli w jadalni będzie telewizor, a w nim, w przerwach między telenowelami z angielskim dubbingiem, rząd apelować będzie o oszczędzanie wody i mycie podłóg deszczówką, w której wcześniej zrobiono już pranie. W każdym z hoteli, w którym będziemy na wyposażeniu pokojów będą klapki i Biblia. Najwyraźniej istnieje założenie, że na podłodze po prostu musi być mokro. I że gościom przyda się duchowe pokrzepienie.

Nikt nie wie, ilu ludzi naprawdę mieszka w Kisasi. Trudno policzyć. Wokół samej wioski rozsiane są, w promieniu paru kilometrów, maleńkie gospodarstwa, lepianki z gliny i suszonej cegły, poogradzane płotami z naturalnych cierni. W Nairobi spotkaliśmy trzydzistoparoletniego rastafarianina o imieniu CocoBongo (tak, tak się nam właśnie przedstawił), który twierdził, że mieszka w takiej lepiance. - Jest tak ciasno, - tłumaczy - że kiedy głowa jest w środku, nogi są na zewnątrz. Kiedy jest czas, by nogi były w środku, to też pora, by głowa znalazła się na zewnątrz - przekonuje.

Myślałam, że żartuje. Dopóki nie zobaczyłam tych lepianek.

Ludziom stąd nie opłaca się chodzić do kiosku wodnego. Za daleko, a może za drogo. Mieszkają wzdłuż rzeki, a przynajmniej, wierzę na słowo, że to jest rzeka, tylko że sucha jak wiór. Mężczyźni kopią w dnie głębokie na metr - półtora dołki, a dzieci wskakują do środka i napełniają plastikowe baniaki po oleju palmowym czymś, co nazywają wodą, a co w Europie spełniałoby definicję słownikową błota.

Zdołają wyciągnąć tyle, ile dziennie wypływa z nieszczelnej spłuczki 3 kilometry dalej. Życie toczy się leniwie, nie widać paniki spowodowanej suszą. Ludzie jeszcze mają co jeść. Kozy najedzą się cierniami, kury - pomyjami, krowy - śmieciami. A osły wytrzymają wszystko. Ciężarówka z coca-colą, 30 szylingów za 0,3 litra, czyli taniej niż za wodę butelkowaną, przyjeżdża codziennie. W centrum wsi młodzi mężczyźni siedzą sobie na motorach, dzieci grają w piłkę, najmłodsze w wełnianych czapkach, bo pora sucha jest tu odpowiednikiem zimy. Nikt nie rozpacza, nikt nie panikuje. Jakoś się kręci.