Strona z tekstem
E
123

Rzecz o katach i cyrulikach
Jest to opowieść o europejskim średniowieczu. Mimo to, zaczyna się w Polinezji, ponieważ to tam badacze pierwszy raz opisali pojęcie many, dziś kojarzone głównie z grami komputerowymi. Słowo mana w naszym kręgu kulturowym zostało użyte po raz pierwszy w latach siedemdziesiątych XIX wieku przez misjonarza R. H. Cordingtona. „Jest to pewna moc lub oddziaływanie o charakterze metafizycznym, i w pewnym sensie nadprzyrodzonym” - napisał. W XX wieku kolejne pokolenia antropologów zdołali zaobserwować niemal identyczne zjawiska w najróżniejszych kulturach, odległych w czasie i przestrzeni. Mana zdaje się być obecna, explicite lub implicite, w znaczącej części pierwotnych i ludowych wierzeń.

Najprościej wyjaśnić, czym jest mana, porównując ją do prądu elektrycznego – to niematerialna siła (moc), neutralna moralnie i etycznie. Jest przenoszona przez przedmioty i ludzi, „naładowane” maną mogą być także miejsca, słowa czy określony czas. Jeśli jakiś przedmiot naładowany jest zbyt mocno, dotknięcie go może skończyć się tragicznie. Wszystko ma manę. Każdy przedmiot, każdy człowiek nosi w sobie ładunek. Gerardus van der Leeuw pisał w Fenomenologii religii o manie, którą mają belki w ustępie – dzięki temu, że parują w nim ludzkie fekalia, przenoszące manę z ludzkich organizmów. Chorzy mają zwyczaj gryźć te belki celem wzmocnienia swojej many i uleczenia się. Mana nie jest siłą rozumną. Nie kieruje się sprawiedliwością, jest bardziej prawem fizyki niż bogiem. To ona powoduje, że rzeczy i ludzie mogą działać. Dzięki niej słońce wstaje, a myśliwy wraca do domu ze zdobyczą. Dobry myśliwy ma więcej many niż słaby, gdyż od many właśnie zależy powodzenie w każdej dziedzinie. Mana to moc, która wprawia świat w ruch. Jak wedyjska rita, chińskie tao, arabska baraka – to najwyższa kosmiczna siła. Mana to także honor, autorytet, mają ją wodzowie, królowie i czarownicy. Osoby, które mają jej zbyt wiele, tak samo jak miejsca, rzeczy, zwierzęta czy słowa, są przez sam ten fakt niebezpieczne dla otoczenia – stają się tabu. Tabu także działa jak prawo fizyki – automatycznie, niezależnie od intencji, i nie można tu mówić o niczym w rodzaju boskiej sprawiedliwości. Dla przeciętnego człowieka zetkniecie z tabu może być nawet śmiertelne – a to przez „różnicę ładunków” między większą a mniejszą maną.

Tabu (tapu), słowo pochodzące z tego samego kręgu kulturowego, co mana, oznacza „coś, co jest wyłączone, oddzielone”. Czasownik tapui oznacza „uczynić świętym”. We wszystkich kulturach tradycyjnych istnieją rzeczy, miejsca i osoby tabu. Zygmunt Freud uważał, że Grecy mieli dla określenia tego zjawiska słowo agos, a Hebrajczycy kodausz. Także rzymskie słowo sacrum wykazuje pewną zbieżność znaczeniową z „tabu”, gdyż oznaczało pierwotnie „oddzielony, wyodrębniony i zakazany”, bez wyraźnego wskazania, czy ów zakaz dotyczy świętości, czy nieczystości.

Claude Levi-Strauss, jeden z najważniejszych antropologów w historii, zaproponował strukturalne wyjaśnienie teorii many/tabu

Lista tego, co wyodrębnione jako sacrum/tabu jest zadziwiająco zbieżna dla różnych kultur. Najczęściej są to
a) zwłoki i krewni zmarłego w czasie żałoby (jako że zmaza jest zaraźliwa), wydzieliny i wydaliny ciała;
b) to, co silne ponad miarę – wódz, król, kapłan;
c) kobieta w szczególnych momentach życia – połóg, menstruacja.

Według Claude'a Levi-Straussa, zakaz jest nakładany na obiekty przejściowe, należące częściowo do sfery ludzkiej, częściowo zaś do zaświatowej; zgodnie z tym założeniem, obciążone tabu jest wszystko to, co znajduje się w stanie przejścia, czego nie da się zakwalifikować do ścisłej kategorii; wszystko, co nie mieści się w klasyfikacji bądź znajduje się na granicy – np. wylana krew znajduje się na granicy ciało/świat zewnętrzny, żywe/nieżywe – stąd musi być tabu. Kapłan jest tabu, bo łączy się z bóstwem, martwy człowiek jest tabu, bo, choć fizycznie jest na tym świecie, jego duch jest na tamtym. Takie niejednoznaczne przedmioty są niebezpieczne dla zwykłego człowieka, gdyż mogą go „zarazić” swoją „zaświatowością”; z drugiej strony, często używane są jako środki lecznicze, gdyż w przypadku choroby, pożądana jest właśnie zmiana statusu danej osoby.

Średniowiecze nie zna pojęcia zbliżonego do tabu, nie w warstwie językowej, a jednak wykluczenie zawodów związanych z krwią i martwym ciałem jest powszechne niemal w całej Europie. Dokładnie tak, jak w przypadku tabu, nieczystość związana z zawodem czy funkcją jest w średniowieczu przekazywana przez dotyk i „zaraźliwa”, a bywa także dziedziczna. Wykluczeni z życia społecznego są więc przedstawiciele takich zawodów, jak kaci czy grabarze, ale też chirurdzy i cyrulicy, a więc wszyscy stykający się z krwią, martwym ciałem, jego wydzielinami i wydalinami.

Cyrulik. źródło: wikimedia

W europejskim, chrześcijańskim średniowieczu, rzecz jasna nie znajdziemy odpowiedników tych słów; osobiście jestem jednak zdania, że ówczesne społeczeństwa działały tak, jakby mana i tabu były czymś oczywistym. Największe, choć niewypowiadane wprost, tabu, dotyczyło rzecz jasna krwi.

Podobnie jak u niemal wszystkich kultur tradycyjnych, krew zajmuje w średniowieczu czołowe miejsce na liście substancji wykorzystywanych przez magię. Aby uleczyć trudno gojące się rany, należało nakreślić na nich trzykrotnie znak krzyża krwią miesięczną. Kobiety pragnące zapewnić sobie miłość mężczyzny, dolewały swojej krwi miesięcznej do napojów, a te, które nie chciały zajść w ciążę, skrapiały nią jedzenie psów czy świń. Z matek współżyjących podczas menstruacji mieli rodzić się epileptycy, trędowaci i potwory. Istniał przepis zakazujący udzielania sakramentów w kościele, w którym doszło do rozlewu krwi, a papież Grzegorz Wielki pochwalał te kobiety, które wstrzymywały się od przyjmowania sakramentów w czasie miesiączki, choć nie posunął się do zakazania im tego. Medycyna średniowieczna, która odżyła w XII wieku dzięki szkole w Salerno, od początku niechętnie patrzyła na zabiegi chirurgiczne jako związane z krwią. W XIII wieku zaczęto chirurgię stopniowo usuwać z kościelnych uniwersytetów medycznych, jako uzasadnienie wskazując, że „ecclesia abhorret a sanguine” – Kościół wyrzeka się krwi. Z bibliotek zniknęły dzieła na temat chirurgii, jeden po drugim pojawiały się uchwały synodów biskupich, zakazujące duchownym parania się tą dziedziną. Ostatecznie zabronił tego sobór laterański w roku 1215.​ Tak rozpoczął się okres chirurgii cechowej.

Wbrew rozpowszechnionemu w internecie mniemaniu, obrazek ten nie przedstawia procesu tatuowania tribala na tyłku, lecz operację hemoroidów.

Cyrulicy, którzy przejęli w tym miejscu rolę lekarzy, początkowo ograniczali się do opatrywania ran, wykonywania lewatyw, stawiania baniek; z czasem nabierając doświadczenia, nacinali ropnie, zszywali rany, dokonywali upustów krwi, a nawet amputacji.

Nieczystość czy też niegodność, spoczywająca na chirurgach i cyrulikach, utrzymała się do późnego średniowiecza, znajdując odzwierciedlenie między innymi w statutach cechowych. Na przykład koloński statut złotników zakazywał przyjmowania dzieci balwierzy i wędrownych artystów, a statuty hamburskie z przełomu XV i XVI wieku zakazywały przyjmowania do cechów synów balwierzy i garbarzy. Krwawe zabiegi były tak niechętnie wykonywane, że w niektórych rejonach Europy podejmowali się ich tylko kaci.

Ilustracja z podręcznika dla cyrulików z 1340 roku.

Konieczna w zawodzie kata znajomość anatomii i dużej siły fizycznej predestynowała go do niesienia pomocy przy złamaniach i zwichnięciach. Sporo musiał wiedzieć o funkcjonowaniu ludzkiego organizmu, jeśli miał skutecznie torturować i nie dopuścić do przedwczesnej śmierci skazanego, albo wprost przeciwnie – zabić jednym uderzeniem. Brak innej opieki medycznej wśród ubogich paradoksalnie czynił z kata uzdrowiciela. Mikołaj Siennicki przytacza opis sytuacji, w której kat dokonując brutalnej egzekucji ćwiartowania szczegółowo wykładał zgromadzonemu tłumowi anatomię, naigrawał się przy tym z lekarzy, którzy tylko „ledaby pieniądze wyłudzali”.

Ścięcie mieczem uchodziło za sprawdzian katowskiego rzemiosła. Obcięcie głowy (nie ucha) jednym, równym ciosem wcale nie było proste.

Magia i medycyna chętnie używały składników pochodzących że zwłok skazanych. Panowało przekonanie, że by skutecznie leczyć lub chronić, martwe ciało musiało pochodzić od człowieka, który cieszył się zdrowiem w chwili śmierci, więc skazańca lub żołnierza. Ale do zwłok żołnierzy dostęp był utrudniony, a kat dysponował odpowiednim materiałem na miejscu. Znachorki kupowały od niego smalec z wisielców (bo rewelacyjnie miał leczyć reumatyzm), kości lub proszek z ludzkiej czaszki (najlepsze na epilepsję), zęby wisielców (remedium na próchnicę i choroby dziąseł), genitalia (co lepiej wyleczy impotencję?) i inne produkty. Zabobonnym sprzedawano odzież wisielców. Szynkarz powinien wrzucić strzępek takiej odzieży do beczki, jeśli chciał, żeby mu się wódka dobrze sprzedawała. Drzazgi z szubienicy pomagać miały na ból zębów, sznur szubieniczny przynosić miał szczęście i leczyć histerię. Przydatny był nalot z czaszki, który wdychany przez nos uchodził za pomocny przy bólach głowy, ponadto zapewniać miał odporność na ciosy i niedotykalność. Zdobycie palca wisielca zapewniać miało złodziejom niewidzialność. Według Mikołaja Olszewskiego autora książki Świat zabobonów w średniowieczu, wiara w przydatną moc ciała skazańców bierze się z przekonania, że każdy człowiek ma do wykorzystania w ciągu życia określoną ilość szczęścia. Nagła, przedwczesna śmierć powoduje zmagazynowanie w ciele niewykorzystanego zapasu (widzimy więc podobieństwo do polinezyjskiej many). Zauważmy, że wiara ta wykazuje daleko idące analogie z wiarą w moc relikwii.

W chrześcijaństwie święty powinien być przedstawicielem Boga i działać w Jego imieniu, za sprawą Jego mocy, kultura ludowa szybko jednak zaadoptowała go do swoich potrzeb, czyniąc niezależnym nosicielem mocy, niemal samodzielnym bóstwem. Z ciała świętego bije światłość, z jego zwłok zapach róż. Moc – dokładnie tak jak w przypadku many Polinezyjczyków – przelewa się na wszystkie przedmioty, które zetknęły się ze świętością. Stąd w powszechnym użyciu drzazgi z Krzyża Świętego i źdźbła ze żłóbka betlejemskiego. Każda społeczność chce być w posiadaniu choćby jednego obdarzonego mocą palca oddzielonego od zwłok jakiegoś sługi Bożego. „Święty to przede wszystkim jego zwłoki lub ich część. Świat nie wie, co zrobić z żywym świętym” – stwierdził Gerardus van der Leeuw.​ Idealną ilustracją omawianego problemu jest to, co przydarzyło się św. Romualdowi. Katalończycy błagali świątobliwego męża, by pozostał wśród nich, jednak gdy ten zdecydował się odejść, próbowali go zabić, by zatrzymać jego ciało u siebie. Brak tu jakiejkolwiek refleksji natury moralnej – zwłoki świętego obdarzone są mocą (może nawet większą niż święty za życia) i w związku z tym przyniosą pożytek tym, którzy są w ich posiadaniu. Tym samym motywem mogły być spowodowane liczne w historii grabieże relikwii. Wiara w cudowną moc ciała skazańca wykazuje daleko idące analogie – mamy więc prawo przypuszczać, że w obu przypadkach – świętego i skazańca – chodzi bardziej o ludową wiarę w zgromadzoną w ciele „moc” bardziej niż o chrześcijańskie wstawiennictwo świętych. Według teologów, moc skazańców, jeśli istnieje, pochodzi ze źródeł demonicznych, w przeciwieństwie do Boskiej mocy ujawniającej się za pośrednictwem świętych. Duchowość ludowa nie zważała jednak na te różnice, wychodząc z założenia, że najważniejsza jest skuteczność.

Infamia obciążała oprócz kata także miejsca straceń. Żalił się więc właściciel ziemi, na której postawiono szubienicę, wskazując, że nie może znaleźć skorych do pracy robotników (sytuacja miała miejsce w Modenie w 1306 roku). Żalili się wszyscy murarze i cieśle, którym pracę nad szubienicą zlecono. Stąd już Carolina nakazywała, by każdy bez wyjątku rzemieślnik budowlany w mieście brał udział w budowie. Prawo takie przestrzegane było z niesamowitą pieczołowitością – We Frankfurcie nad Menem dla nieobecnego podczas budowy majstra pozostawiono do wbicia jeden gwóźdź. Ustanowiono też wysokie kary pieniężne dla wszystkich tych, którzy pracujących przy szubienicy wyśmiewali. Praktykę obdzielania równą odpowiedzialnością wszystkich członków danej grupy stosowano nieraz także wobec nieobecności kata – prawo bartnickie z XVI wieku stwierdza, że w przypadku popełnienia przestępstwa, bartnicy sami mają wymierzyć sprawiedliwość. Tutaj także prawodawca przewidzieć musiał duże trudności w znalezieniu chętnych do wykonania zadania, gdyż nakazuje, by wszyscy bez wyjątku chwycili rękami za sznur, na którym przestępca będzie wisiał.

Skomentuj tę stronę