Strona z tekstem
E
123

Gwiezdne Wojny - recenzja Przebudzenia Mocy
Recenzja przeznaczona jest dla trzech typów odbiorców. Dla psychofanów starej trylogii, którzy zastanawiają się, czy zbojkotować Disney'owskie „Gwiezdne Wojny”, ponieważ są Disney'owskie (albo ponieważ prequele zmieniły Sagę w  rozrywkę dla ośmio-dwunastolatków). Dla fanów bardzo umiarkowanych, którzy nie są pewni, czy chce im się do kina ruszyć. Oraz dla tych, którzy już film widzieli. Zawiera bardzo umiarkowane spoliery, które nie powinny zepsuć odbioru filmu. (Nie zdradzę wiele więcej, niż psychofan wydobył z analizy zwiastunów).

Wszystko już było. Część siódma „Gwiezdnych Wojen” jest hołdem złożonym trzem pierwszym częściom na raz, i każdej z osobna. Pisanie scenariusza musiało polegać na symultanicznym oglądaniu „Nowej Nadziei” i „Powrotu Jedi” i zastanawianiu się w jaki sposób je na siebie nałożyć. Mogę sobie wyobrazić takie ćwiczenie na trzecim roku reżyserii – zmontować „Obcego” z „Terminatorem” tak, żeby efekt nie był pastiszem. (Ostatni „Terminator” był poniekąd połączeniem dwóch pierwszych części, ale był też pastiszem, więc zadanie było stosunkowo proste). Zadanie w przypadku „Gwiezdnych Wojen” było tym trudniejsze, że już pierwotna historia była dość banalna, i miała szanse zachwycić tylko w latach siedemdziesiątych.

Oto porzucony przez rodziców bohater stojący u progu dorosłego życia musi sprostać Groźnemu Zadaniu, które spada na niego - bardzo dosłownie - jak grom z jasnego nieba. Różnica polega na tym, że w oryginalnej Trylogii był to chłopiec, teraz jest dziewczynka. Myślę, że nie bez powodu. Ktoś w końcu musiał powiedzieć twórcom filmu, że niedoreprezentowanie kobiet w Sadze wręcz przeczy prawu prawdopodobieństwa. Serio, wiecie ile było kobiet w Gwiezdnych Wojnach (oryginalnych)?

Raz:

Dwa:

Trzy:

To tyle. No, chyba że o czymś nie wiemy.

Wróćmy do tematu. Bohater/bohaterka opuszcza pustynną planetę (szkoda, że nie jest to Tatooine). Spotyka na swojej drodze starszego przewodnika. Wspólnie stoczą następnie walkę na śmierć i życie przeciwko odradzającemu się Imperium. Będzie nowa Gwiazda Śmierci, tylko większa. W między czasie, walka na miecze świetlne.

Aż dziw bierze, że opowiedziana po raz setny historia, nadal może być dobra.

Scenariusz na pewno nie powstawał według zasady „co wena przyniesie”. Bardziej przypominało to łączenie kropek. Niemal każda scena nawiązywała do którejś sceny z oryginalnej trylogii – kantyna pełna dziwnych stworów, Sokół Milennium notorycznie nazywany złomem, zgniatarka śmieci, no i oczywiście nadpsuty napęd nadświetlny (bo Sokół to złom). Niestety takie podejście, choć nostalgiczne, wzruszające i zabawne, ma swoje wady – nie potrzebowałam spoilerów, by wiedzieć, co się stanie z bohaterami. Kluczowa scena miała w sobie bowiem o jedną analogię za dużo.

Czy to się ma prawo podobać? Ma, jak każdy kawałek dobrze wykonanej roboty. To dobry film, choć być może jeżeli nigdy nie oglądałeś „Gwiezdnych Wojen”, będzie wydawać się pogmatwany. „Przebudzenie Mocy” nie powiela błędów prequeli. Akcja toczy się żwawo i ma jakieś podstawowe zręby sensu. Choć naprawdę przypomina "Nową Nadzieję" (niektórzy twierdzą, że to bardziej remake niż kontynuacja), tempem, językiem i ogólnym temperamentem dostosowana jest do współczesnego widza. I co najważniejsze, mamy poczucie, że oglądamy film dla dorosłych, który ewentualnie można puścić rozgarniętym nastolatkom, a nie, jak w prequelach, fabularną wersję czegoś pomiędzy Harrym Potterem a wojowniczymi żółwiami ninja. Brak tu zbędnych efektów, ba, duża część kosmicznych statystów to kukiełki i kostiumy (miła odmiana po animowanym mistrzu Yodzie w prequelach). Trzeba było nawet, jak za dawnych lat, zatrudnić kilkoro karłów. Zresztą, sami zobaczcie.

Dziękujemy, zaprawdę my, fani, dziękujemy, że po fazie onanizowania się blue screenem w latach dziewięćdziesiątych, w roku 2015 pofatygowaliście się na prawdziwą pustynię, by dogodzić fanom. Musiało wam być gorąco. Dzięki.

Zatrudniono też Daniela Craiga. Serio!

Craig nawet coś tam mówi, choć nie zdejmuje hełmu. Poszukajcie go sobie po głosie.

Film ma kilka słabych punktów (miecz świetlny dziadka Vadera? leży w na wysypisku Sky City razem z odciętą ręką Luke'a. Bo co, myśleliście że odnajdzie się w czyjejś piwnicy?), a wątek jest w kilku miejscach dziurawy, ale trudno byłoby to omawiać bez dalszych spoilerów, poza tym, jest szansa, że oglądając nie zwrócicie na nie uwagi.

Jest jednak coś, co mi się w tym filmie bardzo nie podoba. Niestety, jest to sama podstawa fabuły, która zakłada, że nasi bohaterowie zawiedli na całej linii. Luke, Leia i Han trochę tak jakby... pokpili sprawę. Jestem pewna, że kiedyś dowiemy się, jak to możliwe, że Imperium odbudowano pod ich nosami, a Luke i Han spokojnie czekają na wysadzenie w powietrze kilku planet, zanim rozważą włączenie się do akcji. Na pewno w drugiej części okaże się, że mieli powody (inne niż kop w dupę od życia). Jedyną postacią, która przez te wszystkie lata zachowała ideały, siłę moralną i zdrowie psychiczne jest Leia (jakiś ukłon w stronę Carrie Fisher?). A przecież rozstawaliśmy się z nimi, gdy byli bohaterami. Nie mogę się zdecydować, czy to jest reżyserskie pójście na łatwiznę (trzeba było bardzo skopać sytuację w galaktyce, by móc ją teraz bohatersko ratować), czy wprost przeciwnie – zabieg mający nadać historii głębię i pewną psychologiczną prawdziwość.

Ale ja nie oglądałam Gwiezdnych Wojen dla psychologicznej głębi! Oglądałam je dla jasnej strony mocy. I dla X-fighterów.

Może to po prostu znak czasów, ale „główny zły” ewidentnie wymaga terapii farmakologicznej oraz przełożenia przez kolano - od razu by mu przeszło odbudowywanie Imperium. („Postać rozdarta”?! Litości. Takie rozdarcie to się przechodzi w gimnazjum. Brakuje tylko, żeby sobie sznyty tym mieczem świetlnym porobił).

Przed obejrzeniem filmu ja i moja przyjaciółka zastanawiałyśmy się jaki jest sens istnienia jelca na mieczu świetlnym? Zwłaszcza jelca ze światła? Żeby łatwiej było się poparzyć? Doszłyśmy do wniosku, że musi bo być forma kompensacji, i niestety miałyśmy rację. Ten większy zły (wiadomo, zawsze jest ten zły i jego master) też ma kompleks. Duży - wspomnicie moje słowa - duży kompleks.

Podsumowując, film wzrusza (uwaga – nie jest dla dzieci!), trzyma w napięciu, bawi, i tylko czasem irytuje. To prawda, że jedzie na nostalgii, ale sam w sobie też by się obronił – choć pewnie z niższymi ocenami. Czy kupię DVD? Pewnie nie. Ale kiedyś pewnie obejrzę ten film jeszcze raz, pewnie do końca (z prequelami nie udała mi się ta sztuka). 7/10 punktów.

Skomentuj tę stronę